Dragon Age: Byłam Ci Pisana

    

Rozdział 6: Podążaj za szeptem

     Dotarłam do Redcliffe – pięknej, niezwykłej osady. Kasandra ostrzegała mnie, że może tutaj panować napięta atmosfera, gdyż templariusze wywierają na magach niebywałą presję. Ci, w odpowiedzi, zamykają się w opuszczonych domostwach bądź też podejmują się, najczęściej z góry przegranej, walki. Ruszyliśmy więc grupą wzdłuż prostej ścieżki, która doprowadzić nas miała pod bramy osady.

Nad Redcliffe pieczę utrzymywał wuj obecnego króla, Alistaira Theirina, Teagan Guerrin – człowiek o dobrym, szczodrym sercu. Po śmierci, posuniętego już w latach, Arla Eamonna, nie miał kto objąć tej osady, gdyż jego jedyny syn – Connor – został opętany przez demona. Przypłacił to śmiercią, co dotknęło wszystkich mieszkańców Redcliffe. Była to osada, do której często wracało się wspomnieniami. Wodospady spływające ze skał koiły wzburzone emocje oraz oczyszczały umysł, delikatny szum wiatru uspokajał a ludzka serdeczność sprawiała, że chciało się tam pozostać już na zawsze. Jednakże obecny stan rzeczy sprawił, że okolice osady były zapełnione uchodźcami uciekającymi od niechybnej śmierci. Głód, ubóstwo uczyniło ich biedakami, którymi templariusze nie do końca chcieli się zająć. Po za tym wśród nich pojawili się handlarze, którzy postanowili zarobić na ludzkim nieszczęściu. Posiadając przy sobie ważne materiały do przeżycia wznieśli ceny tak wysoko, że mało kogo stać było na takowy luksus. Gdy dane było mi to wszystko ujrzeć na własne oczy, zrozumiałam jak bardzo potrzebna jest tu pomoc Inkwizycji. Trzymaliśmy się ścieżki, kiedy to doszliśmy do gospodarstw. Oprócz żyjących tam od pokoleń rolników, karczmarzy czy gospodarzy ujrzeliśmy także uchodźców. Ludzie, elfy, pośród nich znalazły się też krasnoludy – im wszystkim Wyłom, oraz wydarzenia z nim związane, odebrał dom oraz cały życiowy dobytek. Bardzo chciałam nieść pomoc, chociaż nie do końca wiedziałam jak.

Dotarliśmy pod same bramy Redcliffe – tam widzieliśmy jedną strażniczkę, która pokrzykiwała coś zdenerwowana. Chwilę później pojawiła się tam szczelina. Bez dłuższego zastanawiania się ruszyliśmy na pomoc. Pojawiające się zewsząd demony chyba przekroczyły wyobrażenia tamtejszych strażników. Po wygranej walce przeprowadziliśmy z nią krótką rozmowę, wyjaśniając iż zaproszono nas tutaj. Strażniczka, po naszych wyjaśnieniach, wpuściła nas do osady. Przywitał nas jeden z posłańców naszej szpiegmistrzyni.

- Uprzedziliśmy o przybyciu Inkwizycji, jednak musisz wiedzieć, że nikt się nas nie spodziewał.

- Jak to nikt? – prawie krzyknęłam – A Wielka Zaklinaczka Fiona?

- Jeśli nas oczekuje, to nikomu o tym nie wspominała – wzruszył ramionami – Zarezerwowaliśmy tawernę na czas negocjacji.

- Wysłannicy Inkwizycji! – usłyszeliśmy z daleka głos zdyszanego elfa odzianego w brązowy płaszcz, ciężkie rękawice oraz skórzane naramienniki – Najmocniej przepraszam, obecnie dowodzi nami magister Alexius, ale jeszcze nie przybył. Wkrótce będzie – zmęczony złapał oddech, kłaniając się nisko przede mną – A tymczasem musisz porozmawiać z byłą Wielką Zaklinaczką – podążaliśmy za nieznajomym poprzez stertę kamieni, leżącą przed nami. Redliffe, cudowne Redcliffe, wyglądało przeokropnie. Przynajmniej ta część, w której obecnie się znajdowaliśmy. Dookoła zielone świerki pnące się ku niebu, kolorowe krzaki w odcieniach jesieni przyjemnie zlewały się z ciepłymi odcieniami zieleni, w jakiś sposób odwracały wzrok od tej zniszczonej części miasteczka. Nieznajomy przedstawił nam krótką trasę do tawerny, jednak ja zadecydowałam iż najpierw rozejrzymy się po osadzie. Piękno tego miejsca kryło się w jego spokoju: w zieleni która czyniła to miejsce oraz okolicę istnym rajem, w spokojnym szumie wiatru oraz w ciepłych, zupełnie normalnych rozmowach mieszkańców. Wychodząc poza miasteczko zwiedzaliśmy wyższe tereny. W porzuconych wieżach, ruinach można było znaleźć niebywałe skarby. Ale również można było rozjerzeć się po okolicy tego raju, która właśnie płonęła a w tle można było usłyszeć bardzo, bardzo ciche okrzyki walczących ateistów. Templariusze uczynili z życia tych magów kompletną rzeź, nie patrząc czy są winni czy nie. Zaglądali do domostw, i każde gdzie znajdował się mag zostawało albo podpalone lub też domownicy byli zaszlachtowani niczym prosiaki. Z wzniesień widziałam, wraz z moimi towarzyszami, płonące domy oraz drzewa. Magowie uciekali, templariusze chcieli zagonić ich w kozi róg i zabić. Nic więc dziwnego, iż podjęli walkę. Chcieli żyć, byliby gotowi naprawić swe błędy gdyby tylko im pozwolono. Zamykanie w wieży, narzucanie na nich rygoru tylko pogarszało sprawę. Przez resztę popołudnia zwiedzaliśmy okolicę, walczyliśmy parokrotnie z obsesyjnie przerażonymi magami którzy atakowali każdego kto podszedł zbyt blisko ich osady, ale także zbierałam potrzebne minerały: Elfi Korzeń, Żelazo i tym podobne surowce. Kiedy to słońce zaszło za horyzont, Kasandra delikatnie zauważyła, że czas najwyższy rozpocząć negocjację. Chciałam oddalić ten moment, ponieważ nie czuję się na siłach by pertraktować z magami którzy są pod nożem templariuszy. Mimo to jednak ruszyliśmy do tawerny, położonej niedaleko uspokajającego wodospadu. Ilekroć na niego spojrzałam, to czułam dziwny spokój. Nie potrafię tego wyjaśnić, lecz w tym wodospadzie jakby krył się opiekun osady. Otworzyliśmy drzwi tawerny, po czym weszliśmy do środka. Od razu oderzył w nas zapach piwa oraz bimbru zmieszanego z różnorakiego pochodzenia pieczeniami. Trzask kominka zlewał się z rozmowami, zarówno trzeźwych jak i pijanych, jednocześnie potęgując ciepłą, towarzyską atmosferę. Ujrzeliśmy ją wszyscy jednocześnie, w najciemniejszej części karczmy. Jedynie słońce przebijające się, przez zabite dechami okiennice, było jakimś źródłem światła. Miało to swój urok, choć nie taki sam jak stoliki, które oświetlały drobne pochodnie zawieszone na filarach.

- Witajcie wysłannicy Inkwizycji – Fiona ukłoniła nisko głowę. Odpowiedziałam ukłonem ze względu na grzeczność – Co was sprowadza do Redcliffe?

- Zaprosiłaś nas w Val Royeaux – zauważyłam subtelnie – Nie pamiętasz?

- Jesteś w błędzie – odparła spokojnie – Ostatni raz byłam w Val Royeaux jeszcze przed konklawe.

- Więc kogóż to spotkałam, kto by mnie tu zaprosił?

- Nie wiem… – westchnęła jakby lekko zaniepokojona – Po tym, co powiedziałaś czuje się trochę dziwnie.. Co by Cię tu sprowadzało, sytuacja uległa zmianie – Fiona pokręciła głową – Wolni Magowie zobowiązali się już..służyć Tevinterowi.

- CO?! – zapytałam przerażona – Czy wiesz, Wielka Zaklinaczko – tym razem jej tytuł po prostu wyśmiałam – cóż uczyniłaś? Posłałaś swoje owieczki na rzeź!

- Sojusz z Tevinter? Nie boisz się wojny z całym Thedas? – Kasandra zrobiła wielkie oczy

- Na pośladki Andrasty – westchnął Varrick – Próbuję z całych sił, ale nie umiem sobie wyobrazić gorszego posunięcia.

- Rozumiem, że się boisz, ale zasługujesz na więcej niż jarzmo Tevinteru – zajął głos Solas

- Jestem związana kontraktem z magistrem i nie mam już kompetencji, żeby z wami negocjować – ucięła Wielka Zaklinaczka

- Gorszego błędu nie mogłaś popełnić – syknęłam, marszcząc wściekle brwi – I pomyśleć, że Ty wpadniesz na tak idiotyczny pomysł!

- Witajcie, przyjaciele! – narastające napięcie przerwał nagle nieznany, męski głos – Wybaczcie mi, że wcześniej się nie przywitałem – doszły do naszych uszu stukot równego kroku.

Mężczyzna stojący na czele trzyosobowej grupy wyglądał jak skończony idiota. Na głowie miał kaptur przez który wyglądał jak nieopierzony kogut, stal przebijająca się przez skórzaną zbroję w kolorze karmazynowym, miała chyba dodać mu imponującego wyglądu jednak tylko dodała komizmu. Owalna twarz, nisko osadzone brwi, małe oczy, mała bródka pod wąskimi ustami. Styl ubioru zgodny z tevinterskimi ”nowościami” – zapewne on był Alexiusem.

- Wysłannicy Inkwizycji, pozwólcie że wam przedstawię magistra Gereona Alexiusa – kiedy płomień pochodni rzucił blask na jego twarz, myślałam iż zwymiotuję. Wyglądał na starego, sześćdziesięcioletniego dziadka który przy pomocy magii próbuje się dzień w dzień odmłodzić. Zmarszczki pokrywały większość czoła oraz podbródka. Prosty, lecz krótki nos wyglądał chyba najbardziej komicznie. Starałam się nie wykonać żadnego grymasu, jednak chyba bezskutecznie gdyż dobiegł mnie cichy śmiech Solasa, który zaraz przekształcił w chrząknięcie pod wpływem mroźnego wzroku Kasandry.

- Magowie z Południa są teraz pod moimi rozkazami. Mam przyjemność z ocalałą z Pustki? Ciekawe.. – ponownie zabrał głos śmieszny człowieczek

- Jesteś daleko od ojczyzny – zauważyłam, unosząc brew ku górze

- W rzeczy samej – kiwnął głową – Ale Ty również nie pochodzisz z Fereldenu, tak więc oboje jesteśmy tutaj obcy – po tych słowach zaprosił mnie do najbliższego stolika. Mogłabym odmówić, lecz po co czynić problemy już na początku? Niepewnie usiadłam na średnio stabilnej, drewnianej ławce na wprost Alexiusa.

- Feliksie! Posłałbyś po skrybę, proszę? Och, wybaczcie moje maniery! Oto mój syn Feliks! – odezwał się, rozsiadając się z uśmiechem.

Podszedł do nas młodzieniec o nieco ciemniejszej karnacji, krótkich ciemnych włosach i czekoladowych oczach. Był o wiele przystojniejszy niż jego ojciec, krótki nos, ładne usta a w dodatku wychowany: kiedy tylko zjawił się przede mną ukłonił się nisko, a na jego wargach igrał uśmiech. Odpowiedziałam mu kiwnięciem głowy, oraz uśmiechem.

- Twoja Obecność mnie nie dziwi. – przerwał ciszę tevinterczyk – Zamknięcie Wyłomu to zadanie, z którym mało kto może się mierzyć. Trudno stwierdzić, ilu magów wymagałoby takie przedsięwzięcie. Ambitne, zresztą.

- Więc… pomożesz nam, tak? – chciałam wydać się obojętną, lecz moja twarz była niczym otwarta księga: bardzo łatwo pokazywałam emocje, niestety.

- Będzie konieczne… – przerwał na moment, po czym jego oczy skierowały się w stronę kroczącego słabo ku nam Feliksowi.

Poderwałam się z miejsca, gotowa pomóc temu chłopakowi. Podobnie postąpił również Alexius. Chłopak stracił prawie przytomność, po czym na mnie poleciał. Resztką sił przytrzymałam go  by nie rozbił sobie głowy. Poczułam jednocześnie, jak wsuwa mi coś za pas.

- Feliks! – zawołał Alexius podchodząc gwałtownym krokiem do syna

- Najmocniej przepraszam! – odezwał się w końcu Feliks. Miał ciepły lecz głęboki głos, taki na dźwięk którego młode dziewczęta na dworze  tracą nad sobą panowanie – Proszę o wybaczenie.

- Nic się nie stało – powiedziałam spokojnie, spoglądając na niego zdziwiona

- Wszystko w porządku? – zapytał tevinterczyk syna, klękając obok

- Nic mi nie jest, ojcze – odparł chłopak trzymając rękę na brzuchu

- Chodź, przyniosę Ci proszki. Wybaczcie, przyjaciele. Będziemy musieli to przełożyć. Fiono będziesz mi potrzebna w zamku. – po tych słowach skierował się do wyjścia

- Nie  chcę wam sprawiać kłopotu – dodał Feliks oddalając się od naszej grupy.

- Przekażę Inwkizycji stosowne informacje. Dokończymy to spotkanie kiedy indziej – skinął głową, po czym wyszedł.

Kiedy oboje opuścili tawernę, wysunęłam niespodziankę podarowaną od młodego Feliksa.Rozwinęłam mały papierek, który zdążył się już pognieść. To była wiadomość.

- ” Spotkajmy się w kaplicy. Jesteś w niebezpieczeństwie” – odczytałam, po czym spojrzałam na moich towarzyszy.

Mieli bardzo podobne miny do mojej: wyrażającej zdziwienie, i to spore.

- Uuu, bardzo tajemnicze – zaśmiał się Varrick

- To może być pułapka – powiedziałam cicho, kiedy wychodziliśmy z tawerny

- Nie wiemy kto, albo co będzie czekać na nas w tej kaplicy – odezwał się Solas

- Jest tylko jeden sposób, by to sprawdzić – uśmiechnął się krasnolud.

Bardzo łatwo było zagubić się w owej tawernie, gdyż ilość drzwi oraz korytarzy była fenomenalna. W dodatku przy każdych drzwiach stały co najmniej trzy osoby, a na korytarzach kłębili się ludzie rozmawiający na wszelakie tematy, więc gwar był niemały. Kiedy to już wydostaliśmy się na świeże powietrze, wszyscy poczuliśmy się o niebo lepiej. Do świątyni prowadziła swego rodzaju ścieżka, ułożona z kamieni. Dookoła rosły kwiaty, paprocie, oraz kolorowe krzaki – wszystko to pięknie wyglądało i potwierdzało fakt, że Redcliffe był rajem. Zakon był utworzony z kamienia, z dwoma wysokimi wieżami oraz małymi okiennicami. Drzwi były stare, drewniane lecz wciąż eleganckie. Uchyliliśmy je po czym weszliśmy do środka. To co zastaliśmy w środku wprowadziło mnie w osłupienie. Jeden mag wymachiwał laską pokonując z łatwością demony z pustki. Był wysokim mężczyzną, o ciemnej karnacji, ciemnych włosach obciętych krótko z boku a pośrodku miał burzę włosów, małym czarnym wąsikiem oraz delikatną bródką. Odziany był w szaty z drogiego materiału a jego laska na końcu miała czaszkę.

- Dobrze! Nareszcie jesteś! Pomóż mi to zamknąć, dobrze? – głos miał delikatny i jednocześnie pociągający.

Tak więc w piątkę przystąpiliśmy do ataku, by pokonać demony i zamknąć szczelinę. Tym razem jednak walka była trudniejsza ze względu na brak miejsca. Wnętrze kaplicy jaśniało od czarów, oraz od blasku szczeliny. Nieznajomy mag rzucał potężne zaklęcia, co nie oznacza że był lepszy ode mnie czy też Solasa. Gdy udało mi się zamknąć owe zjawisko, nowo poznany mężczyzna podszedł do mnie zafascynowany moimi umiejętnościami. Rozejrzał się dookoła, następnie po naszych twarzach a na końcu skupił się na mnie.

- Fascynujące! Jak to działa ? Sama nie wiesz, prawda? – zaśmiał się – Kiwasz paluszkami i trach! Szczelina zamknięta.

- Mniej więcej? – odpowiedziałam bardziej pytająco niż twierdząco, co tylko wywołało u niego kolejną salwę śmiechu

- Jesteś urocza!

- Dziękuję – ukłoniłam się, próbując ukryć swoje zawstydzenie – A Ty kim jesteś, jeśli mogę wiedzieć?

- Ach, znowu się zapędziłem.  Dorian z rodu Pavusów, obecnie rezydującego w Minratusie! Miło mi! – ukłonił się nisko

- Kolejny Tevinterczyk. – odezwała się nagle Kasandra – Lepiej na niego uważaj.

- Podejrzliwa ta twoja gromadka. – zaśmiał się mag sarkastycznie – Magister Alexius był moim mentorem, więc mogę się przydać. Wyobraźcie sobie, jak bardzo.

- Cóż… – westchnęłam – Przyjmujemy każdą pomoc, czyż nie? A, że tak zapytam to Ty podarowałeś mi ten liścik?

- Nawet bez liściku powinnaś  ujrzeć, że coś się święci! Zacznijmy od tego, że Alexius sprzątnął Ci z przed nosa przymierze ze zbuntowanymi magami. Jakimś magicznym sposobem, prawda? I właśnie tak było. Żeby dotrzeć do Redcliffe przed Inkwizycją, Alexius złamał czas – na to słowa prychnęłam roześmiana.

- Złamał czas? – powtórzyłam z uśmiechem na ustach – Przecież to niemożliwe!

- To fascynujące.. – szepnął Solas a my spojrzeliśmy na niego jednym, złowrogim wzrokiem – o ile prawdziwe, oczywiście. I prawie na pewno niebezpieczne.

- A szczelina, którą tutaj zamknęłaś? Nie widziałaś, jak przyśpieszała i spowalniała bieg wydarzeń? Wkrótce będzie więcej takich szczelin. I zaczną pojawiać się dalej od Redcliffe. Alexius używa trudnej do okiełznania magii, która destabilizuje nasz świat – teraz Dorian wydawał się być śmiertelnie poważny, a na jego ustach ni razu nie zagościł uśmiech

- Aż ciężko w to uwierzyć – powiedziałam cicho spoglądając to raz na niego, to raz na moich towarzyszy – Wolałabym dowody, niż samo krzyczenie ” To magiczna kontrola czasu! Uwierz mi!” – parodiowałam go, podobnie jak z innymi robiła to Sera. I wyszło tak samo zabawnie. No, może podobnie. Tylko na ustach Doriana nie przewinął się uśmiech.

- Wiem o czym mówię. Pomagałem w tworzeniu tej magii – zmarszczył brwi zdenerwowany – W czasach mojej nauki to były tylko teorie. Alexius nie umiał ich sprawdzić w praktyce. Nie rozumiem, dlaczego on to robi ? – uniósł rękę i zaczął pocierać podbródek w zamyśleniu – Rozrywa nici czasu po to, by zdobyć kilkuset zwolenników?

- Nie zrobił tego dla nich – odezwał się głos z mroku. Po chwili naszym oczom ukazał się…Feliks!

- No, wreszcie jesteś – uśmiechnął się Dorian – Zaczął coś podejrzewać?

- Nie, ale nie powinienem udawać chorego. Zanosiło się na to, że cały dzień będzie mi właził na głowę – pokręcił załamany głową a ja się cicho zaśmiałam

- Mój ojciec dołączył do sekty tevinterskich nacjonalistów – kontynuował z uśmiechem na ustach chłopak – Nazywają się ”Venatori”. I mogę Ci zdradzić jedno: wszystko, co dla nich robi jest po to by Cię dopaść.

-  Och, on tak się dla mnie stara a ja dla niego nic nie mam – odpowiedziałam, udając zasmuconą – Więc, jak go powstrzymać?

- Oni mają bzika na Twoim punkcie, ale nie wiem dlaczego. Może dlatego, że udało Ci się przeżyć w Świątyni Świętych Prochów? – zajął głos Feliks

- Potrafisz zamykać szczeliny. Może to ma jakiś związek? Może widzą w Tobie zagrożenie? – zastanawiał się mag – tevinterczyk

- Jeśli Venatori odpowiadają za szczeliny, lub za Wyłom, to mamy przesrane – podsumował syn Alexiusa

- Masz świadomość, że jesteś jego celem. Wiesz, że jego przymilanie się to jak ser na mysz. Jesteś w pułapce, ale Ty to przecież wiesz czyli? Jesteś o krok do przodu przed nim! – zawołał Dorian – Ja nie mogę pozostać w Redcliffe. Alexius nie wie że tutaj jestem i lepiej, żeby tak pozostało – odetchnął – Ale kiedy postanowisz się z nim rozprawić, chcę przy tym być. Będziemy w kontakcie – uśmiechnął się do mnie, po czym minął mnie kierując się do wyjścia.

Czyli wiedziałam, że Alexius jest pułapką. Wiedziałam, że do starcia z nim musimy się przygotować. Nie wiedziałam jednak, że to będzie aż tak ciężkie starcie.

Dragon Age Inkwizycja: Byłam Ci Pisana

Rozdział 5: Trudny Wybór

 

- Coś Ty najlepszego uczyniła? – usłyszałam, gdy tylko weszłam do wioski. Leliana szła szybkim, zdecydowanym krokiem w moi kierunku.

- Nie rozumiem..

- Pocałunek z Solasem… na prawdę? A gdzie Cullen?

- To jest  nic. Ja i Solas nie jesteśmy związani. To była tylko i wyłącznie wymiana ciepła. Leliano, wybacz mi, ale Ty tego nie zrozumiesz… Ja wciąż drżę z zimna – ruszyłyśmy powoli przed siebie, a szpiegmistrzyni skupiła na mnie całą swoją uwagę – Samotność jest okrutna. Nie da się do niej przyzwyczaić. Nigdy. Wciąż chcę poświęcić swoją całą uwagę Cullenowi, to nie ulega najmniejszej zmianie.. lecz obawiam się, że Solas będzie toczył między nim pewnego rodzaju grę..

- Grę? Solas? Z Templariuszem?

- O mnie. Dziwnie brzmi, prawda? Jednak jego aura jest tajemnicza, a jednocześnie w pewien sposób groźna. Chcę byś Ty oraz Cullen mieli pewność, że oddałam już swoje serce. To się nigdy nie zmieni.

- Rozumiem – przytaknęła mi Leliana – Wiesz, myślę że już czas – gdy zapadła niezręczna cisza, kobieta odchrząknęła – Czas na to, byś pokazała Cullenowi kto jest dla Ciebie najważniejszy..

- Gdzie on jest? – westchnęłam – Wiedziałam, że będę musiała zrobić pierwszy krok – uśmiechnęłam się pod nosem – Nie mogę go stracić – szepnęłam, po czym ruszyłam przodem do Azylu.

Śnieg znów zaczął sypać, mroźne powietrze uderzało od czasu do czasu w moje policzki powodując drżenie całego ciała. Moje wargi wciąż były ciepłe po pocałunku Solasa. Tak na prawdę nie czułam do niego nic, ten pocałunek nie wywołał we mnie jakiś specjalnych emocji. Jednak, gdyby były to wargi Cullena… bardziej miękkie, bardziej delikatne..

- Inkwizytorko? – usłyszałam znajomy głos. Spojrzałam w górę – moje zamyślenie spowodowało, że uderzyłam w plecy Pięknego Mężczyzny. Teraz jednak patrzył na mnie z góry, a na ustach igrał mu uśmiech. Jego bursztynowe oczy spoglądały na mnie z zainteresowaniem.

- C…Cullen – jęknęłam – Cóż. Właśnie do ciebie szłam – mówiąc to chrząkałam, aby pozbyć się swojego wstydu

- Proszę – wskazał ręką na swój namiot – Tutaj jest cieplej.

Rzeczywiście, pośrodku namiotu miał małe palenisko, które ogrzewało wnętrze. Obok była mała ławeczka, na której Cullen zasiadł, podczas kiedy to ja usiadłam blisko ognia i wpatrywałam się intensywnie w tańczące płomienie.

- Ogień jest piękny – powiedziałam nie odrywając wzroku od płomieni – Ale równie niebezpieczny. Podobnie jest z magią. Można nią wyrządzić wiele szkód..

- Wybacz, lecz nie pojmuję do czego dążysz.

- I ja tego nie pojmuję, choć jestem magiem. Czuję niepokój. Po prostu – westchnęłam ciężko – chciałabym, abyś wiedział że nie czuję nic do Solasa. Chciałam poznać smak pocałunku, bo… bo obawiam się, że nie dasz mi żadnej szansy.

- Co? Nie pojmujesz do czego dążysz? – zaśmiał się pod nosem, a wówczas myślałam, iż spalę się ze wstydu – Dotąd nie walczyłem o żadną kobietę.. – odchrząknął nerwowo, po czym podrapał się po włosach z tyłu. Nagle wzrokiem uciekł w bok -Przepraszam na moment – odezwał się i opuścił namiot.

Powiodłam wzrokiem za nim. Wyszedł przed namiot zwrócić uwagę porucznikowi, aby bardziej przykładał się do szkolenia żołnierzy. Rozumiałam jego troskę o nich: większość z nich było wiernymi, niewyszkolonymi w żaden sposób młodymi chłopcami lub mężczyznami w średnim wieku którzy o wojnie mieli nijakie pojęcie. Nie potrafiłam odwieźć wzroku od niego, gdy stał taki wyprostowany. Tłumaczył krok po kroku jednemu z młodych żołnierzy w jaki sposób unieść tarczę, by zablokować.Kiedy chłopakowi się udało klepnął go przyjaźnie po ramieniu, rozejrzał się nieco nerwowo po czym wrócił do namiotu i zasiadł naprzeciw mnie.

- Są nowymi rekrutami – znów spojrzał na młodzieńca próbującego zastosować rady komendanta – głównie to miejscowi z Azylu i pielgrzymi, lecz wykazali chęć walki u Twego boku – spojrzał na mnie z uwagą

- U Naszego boku – poprawiłam go, odrywając wzrok od ogniska

- Nikt nie miał takiego wejścia jak Ty – uśmiechnął się

- Od czasu do czasu lubię się wyróżniać – przekrzywiłam figlarnie głowę w bok a z moich ust wydobył się cichy śmiech – Przynajmniej zwróciłam uwagę wszystkich na mnie!

- Rzeczywiście – uniósł głowę do góry posyłając mi nieśmiały uśmiech – Mnie samego zwerbowano do Inkwizycji w Kirkwall. Byłem tam podczas powstania magów. Widziałem również zniszczenia, które ono spowodowało – nagle wszedł do namiotu jeden z posłańców, przekazał kawałek tabliczki do podpisu Cullenowi po czym opuścił nasze towarzystwo – Kasandra szukała rozwiązania. Kiedy zaproponowała mi stanowisko, opuściłem templariuszy i dołączyłem do niej. Teraz mierzymy się z czymś znacznie gorszym – jego wzrok utknął w trzeszczącym ogniu

- Konklawe zostało zniszczone, a na niebie zrobiła się wielka dziura – zrobiłam śmieszną minę, udającą skupienie by go nieco rozchmurzyć – Nie wygląda to za dobrze.

- Dlatego jesteśmy potrzebni – stłumił śmiech, próbując być poważny – Zakon stracił panowanie nad templariuszami i magami. Teraz kłóci się o nową Boską, a Wyłom nadal tutaj jest. Inkwizycja mogłaby osiągnąć to, czego nie może Zakon. Nasi stronnicy wezmą w tym udział. Możemy tyle.. – przerwał w pewnym momencie – Wybacz. Raczej nie przyszłaś tutaj słuchać wykładu – ponownie się zawstydził, co raz za razem wydawało mi się bardziej słodkie.

- Nie, ale jeśli masz jakiś na podorędziu, to chętnie posłucham – uśmiechnęłam się nieśmiało

- Nie tym razem – zaśmiał się a ja odpowiedziałam mu szczerym uśmiechem – Ja.. – odchrząknął zdenerwowany, więc uśmiechnęłam się ponownie rozczulona jego nieśmiałością – Przed nami jeszcze wiele pracy – po czym minął mnie powoli.

W oddali dostrzegłam Lelianę, która machała mi ręką bym do niej podeszła. Opuściłam namiot i skierowałam się do świątyni. Dopiero teraz dotarło do mnie, iż byłam dotąd całkiem opanowana podczas rozmowy z nim. Może dlatego, że zachowywał się tak naturalnie.

- Inkwizytorko, mamy problem – zaczęła już od progu

- Cóż się dzieje?

- Przeprowadzono rekonesans na Zaziemiu, odnaleziono Matkę Gielle…

- Kogo? – wtrąciłam dość niegrzecznie

- Matkę Giselle.

- Najmocniej przepraszam, już powoli się w tym wszystkim gubię – westchnęłam

- Spokojnie – uśmiechnęła się do mnie szpiegmistrzyni – Teraz czeka Cię podróż do Val Royeaux, aby pomówić z tamtejszymi kapłankami.  Musimy przemówić do Zakonu, nim wydarzy się coś złego – Leliana ściągnęła brwi w skupieniu przyglądając się mapie taktycznej

- Oh, rozumiem. Wybiorę się więc tam z Kasandrą, Solasem i Varrick’iem. Ty Leliano wykorzystaj swoje znajomości, aby pomóc uchodźcom i przeprowadzić dokładniejsze przebadanie terenu na Wybrzeżu Sztormów. Musimy zdobywać różnego typu minerały, zioła oraz metale aby wspierać uzbrojenie Inkwizycji. Józefino, zdaję się na Twoją niezwykłą dyplomację. Macie rozkład mapy na stole, więc proszę abyś zażegnała wszelkie konflikty. Nie możemy sobie pozwolić na jakikolwiek rozłam.

- Oczywiście – uśmiechnęła się młoda kobieta.

Opuściłam salę narad pozostawiając moim doradcom dokładne wytyczne. Cullen miał dopilnować treningów, Leliana jako szpiegmistrzyni wykorzystywała swoje kontakty oraz tajemnicę, a Józefina.. cóż, potrzebowałam czasu aby rozgryźć jej umiejętności dyplomatyczne. Musiałam jeszcze przygotować się do podróży. Odkąd pamiętam gdzieś pokotem opowiadano, iż Val Royeaux jest perełką w Orlais, w końcu to stolica.

Nasza podróż trwała jakiś tydzień, jednak po przybyciu wiedziałam, iż było warto. Naszym celem było spotkać się z matkami Zakonu i odeprzeć stawiane przez nie zarzuty, mając nadzieję na przekonanie ich do Inkwizycji. Kapłanki bowiem zarzucały mi, że jestem heretykiem i Inkwizycja jest również organizacją heretycką. Tak więc zdobycie jakichkolwiek sojuszników odpada w tym momencie. Każda próba wejścia do stolicy kończyła się atakiem tłumu lub aresztowaniem, więc Leliana zaproponowała mi bym sama zjawiła się tam osobiście . Brama główna do stolicy była wysoka, lecz przekroczyliśmy ją bez problemów. Piękne, wysokie budynki wykonane z ozdobnego kamienia, rzeźby były umiejscowione w dwóch ścianach naprzeciw siebie gdy szliśmy drogą prowadzącą do serca stolicy. Mijali nas ludzie niezwykle bogato ubrani, spoglądając z odrazą na elfkę, czyli mnie. Niektórzy nawet wydawali jakieś dziwne odgłosy z siebie, coś w rodzaju krzyku przerażenia który zupełnie był niepotrzebny a zarazem nie na miejscu.

- Tylko zgaduję – zaśmiał się Varrick – Ale chyba zostaliśmy rozpoznani, Poszukiwaczko.

- Twoja spostrzegawczość nie przestaje mnie zaskakiwać, Varrick’u – westchnęła sfrustrowana Kasandra

W pewnym momencie przybiegł jeden z szpiegów Leliany.

- Wielmożna pani Herold! – zawołał zdyszany i ukłonił się nisko

- Jesteś od Leliany – zauważyła Kasandra – Czego się dowiedziałeś?

- Matki wielebne oczekują na Twoje przybycie… – wziął głęboki oddech – A wraz z nimi mnóstwo templariuszy.

- Tu są templariusze?

- Mieszkańcom wydaje się, że templariusze ich obronią… przed Inkwizycją. Zbierają się po drugiej stronie rynku. Myślę, że templariusze tam zamierzają wam wyjść na spotkanie.

- Czyli zostało nam jedno wyjście – westchnęła sfrustrowana Kasandra, po czym ruszyliśmy w kierunku rynku.

Na rynku dominowały kolory niebieski oraz czerwony, większość budynków była osadzona w tejże kolorystyce. Budynek, stojący na środku rynku, miał dwa piętra a z łącznika ciągnęło się siedem długich, szerokich, czerwonych wstąg które były przytwierdzone do dwóch wież oraz pięciu balkonów. Wyglądało to niesamowicie elegancko. Gdy zbliżaliśmy się do wspomnianego miejsca, tłum ludzi stał przed podestem na którym stała jedna z wielebnych. Większość ludzi z tłumu miała założone na twarzach maski, jednak słyszałam że w Orlais to nic niezwykłego. Zbiorowiska pilnowało kilku templariuszy, ustawionych wzdłuż podestu. Obok wielebnych stał, prawdopodobnie, główny porucznik templariuszy, tak zwana prawa ręka Poszukiwacza. Miał o wiele bardziej srebrzystą zbroję niż inni, lepiej zdobioną a spojrzenie miał baczne.

- Dobrzy mieszkańcy Val Royeaux, wysłuchajcie mnie! Wspólnie opłakujemy Boską! Zdrada uciszyła jej ufne i piękne serce! Zastanawiacie się, co się stanie z mordercą. Już nie musicie! Oto tak zwana Herold Andrasty! – jej palec wycelował we mnie. Ściągnęłam brwi rzucając jej wściekłe spojrzenie – Chce wykorzystać śmierć naszej umiłowanej! To fałszywy prorok! Stwórca nie przysłałby elfa w czarnej godzinie potrzeby!

- Ty głupia kobieto! – wrzasnęłam robiąc krok do przodu – Wyłom wciąż tam jest, wciąż przybywają demony z Pustki a Ty zamierzasz rzucać we mnie oskarżeniami, że nie jestem Heroldem Andrasty?! To dlaczego mam moc, która zamyka szczeliny i ratuje wasze nędzne życie? Ty  robisz zbiorowisko, odbierasz sojuszników i myślisz, że postępujesz dobrze? Będziesz się topić we własnej krwii, gdy przegramy!

- Spokojnie – Solas położył mi dłoń na ramieniu – Nie ma po co się tak ekscytować.

- Inkwizycja jedynie chce zakończyć to szaleństwo, nim będzie za późno! – wtrąciła Kasandra

- Już jest za późno! – syknęła kobieta wskazując nadchodzących templariuszy.

Spojrzałam w ich kierunku – było ich około dziesięciu. Wszyscy odziani w lśniące zbroje, ze znakiem Zakonu na piersiach. Wśród nich było dwóch poruczników – mieli bowiem hełmy, na których po bokach były usadowione czerwone pióra.

- Templariusze wrócili do Zakonu! Przeciwstawią się tej ”Inkwizycji” a lud znów będzie bezpieczny! – po tych słowach zrobiła krok do tyłu, bowiem templariusze weszli na podest.

Jeden z żołnierzy podszedł do kapłanki, i zapodał jej prawego sierpowego. Spojrzałam zszokowana, a usta otworzyły mi się na całą szerokość. Kapłanka zdążyła wydać z siebie cichy krzyk, nim upadła uderzając o drewnianą podłogę a jej ciało uderzyło z łoskotem.

- Spokojnie – odezwał się mężczyzna z niewielkim zarostem, klepiąc templariusza który zajmował miejsce obok wielebnych – Ona nie jest nas godna.

- Jak śmiesz podnosić rękę na kobietę?! – warknęłam jeszcze bardziej wściekła – Co to w ogóle ma znaczyć ?!

- Zamknij się, ostroucha – uciął – Koniec przedstawienia, rozejść się.

- Wielki Poszukiwaczu Lucjuszu, to ważne byśmy spotkali się z.. – Kasandra skierowała kroki do mężczyzny, który przed chwilą uderzył kapłankę. Więc to był Wielki Poszukiwacz Lucjusz.

- Nie będziesz się do mnie zwracać – uciął schodząc z podestu

- Wielki Poszukiwaczu? – wydawało mi się, że jak spojrzałam na twarz Kasandry dostrzegłam zmieszanie, z poniżeniem a łzy, prawie niewidoczne, stanęły jej w oczach

- Tworzenie ruchu heretyków, wywyższanie marionetki jako proroka Andrasty. Powinnaś się wstydzić – zmierzył ją z grymasem wściekłości – Wszyscy powinniście się wstydzić! – grzmiał wściekły na cały rynek – Templariusze nikogo nie zawiedli, kiedy opuścili Zakon, by dokonać czystek wśród magów! To wy zawiedliście – jego ręka powędrowała w naszym kierunku – Wy, którzy wykorzystaliście naszą prawość, by siać zwątpienie i strach! Jeśli przychodzicie apelować o pomoc do Zakonu, to się spóźniliście. Jedynym przeznaczeniem, które należy uszanować jest moje – uniósł głowę do góry, pełen dumy a brwi ściągnął w grymasie oburzenia.

- Templariusze, jeden z waszych dowodzi siłami Inkwizycji! Dołączcie jak On! – zawołałam bardziej do nich niż do Poszukiwacza

- Jesteś magiem! – burknął Poszukiwacz Lucjusz – Twoje powiązania są nic warte. W dodatku elfka, dalijka. Wszyscy stają się zdrajcami od samego przebywania w Twoim towarzystwie.

- Ale.. Wielki Poszukiwaczu… jeśli naprawdę przysłał ją Stwórca? – wtrącił, chyba jedyny trzeźwo myślący, porucznik templariuszy, zbiegając z podestu – A jeśli.. – przerwał, gdy Lucjusz zmierzył go złowrogo.

- Wezwano Cię w wyższym celu. Nie żebyś zadawał pytania – warknął jeden z żołnierzy Lucjusza

- To ja uczynię z zakonu templariuszy potęgę, która przeciwstawi się Pustce! To my zasługujemy na na uznanie i szacunek!

- Czy z tym gościem jest coś nie tak? – zapytałam szeptem Kasandry – Mówi jak jakiś fanatyk! Albo jest opętany … – szepnęłam

- Och, wypluj to w ogóle z ust – westchnęła sfrustrowana kręcąc głową

- Niczego mi nie pokazałaś, a Inkwizycja.. jeszcze mniej niż nic. Templariusze! – zagrzmiał po czym odwrócił się do nich – Val Royeaux nie zasługuje na naszą ochronę!Ruszamy! – po tych słowach zebrali się w szereg i opuścili rynek. Jeszcze przez chwilę było słychać równe dudnienie kroków.

- Uroczy facet, prawda? – podsumował Varrick

- No, to po pomocy templariuszy – westchnęłam zdenerwowana

- Czy Wielki Poszukiwacz Oszalał? – Kasandra rzuciła to pytanie w eter, jakby sama do siebie

- Nie denerwuj się – znów poczułam dłoń Solasa na swoim ramieniu – Czegokolwiek byś nie uczyniła, pewnie i tak by odeszli. Tego mężczyzna rozpiera duma, że zrobili czystki wśród magów. Właśnie taka nienawiść niszczy relacje między dwoma, wrogimi obozami.

- Mam nadzieję, że jeśli nie w Zakonie to gdzieś indziej są inni, którzy myślą inaczej niż on.

- Tak czy siak, najpierw powinniśmy wrócić do Azylu i powiadomić resztę – zauważyłam.

Prężnym krokiem opuściliśmy rynek, przygotowując się do podróży powrotnej. W tym momencie przed moimi nogami pojawiła się strzała, wystrzelona nie wiadomo skąd. Rozejrzeliśmy się dookoła, lecz nikogo nie dostrzegliśmy, bowiem słońce oślepiało nas gdy tylko unieśliśmy wzrok ku górze.

- Cóż to? – zdziwiła się Poszukiwaczka

Nachyliłam się i wyciągnęłam kawałek kartki, przytwierdzonej do strzały. Wiadomość zapisano dużym, płynnym pismem z gryzmołami na marginesie.

Ludzie mówią, że jesteś ktoś. Chcę pomóc i mogę wszystkich sprowadzić. W Val Royeaux jest zły gość. Podobno chce Ci zrobić krzywdę. Spotkajmy się wieczorem.

Podpisano: Przyjaciele Rudej Jenny

Cudownie, uwielbiam takie coś.

- To może być pułapka – zauważył Solas

- Albo pomoc – ucięłam – Poczekajmy do wieczora. Następnie spotkamy się z adresatem tej wiadomości.

Jak pomyśleliśmy, tak uczyniliśmy. Czas spędziliśmy w pobliskiej karczmie, o ile w ogóle można to nazwać karczmą ponieważ znajdowała się pod jednym z wielkich balkonów, jednak był wewnątrz minstrel śpiewający piosnki, karczmarz lejący piwo oraz ławki zapełnione głównie przez pracowników portu. Gdy zaszło słońce, lekko podpici, opuściliśmy karczmę. Miejscem spotkania, jak ktoś tam nabazgrolił, miał być jeden z załuków portu. Kiedy tylko się pojawiliśmy, wyczułam aurę niepokoju od moich towarzyszy. Oni również spodziewali się czegoś złego.

- To Herold Andrasty! – usłyszeliśmy, kiedy pojawiliśmy się zza rogu. Od razu rozpoczęto atak na nas: dwóch łuczników, jeden łotrzyk i dwóch wojowników.

- Niemożliwe, tutaj ?! Cóż, przynajmniej wiedzą, dla kogo ja pracuję! – w ciemności ciężko było mi dostrzec kto wypowiadał te słowa. Liczyło się tylko to, by wygrać to starcie.

Magia moja oraz Solasa pozbyła się łuczników, wprawny ruch miecza Kasandry wbijał się w szczeliny między zbroją wojowników zadając głębokie rany, a ukochana kusza Varricka dziurkowała ich jak poduszki. Z łotrzykiem był nieco większy problem, bowiem był szybki i zręczny – czyli taki, jak winien być. Tylko, że akurat nie w takiej sytuacji. Nie, jako nasz wróg.

Kiedy zginęli, skierowaliśmy swoje kroki w kierunku bramy naprzeciwko nas. Nie posiadali nic cennego, toteż nic im nie zabraliśmy. Jednak gdy przekroczyliśmy bramę, przed nami stał zamaskowany mężczyzna. Zapewne jakiś szlachcic, próbujący ukryć swoją twarz by nie ucierpiała na tym jego reputacja. Odwrócił się gwałtownie, a z jego dłoni wystrzelił ognisty pocisk. Uniknęłam go z łatwością, odchylając się na prawo. Powtórzył atak i jego również uniknęłam.

- Herold Andrasty! – wysyczał – Ile cię kosztowało, by mnie odnaleźć? Strasznie musiałem osłabić Inkwizycję!

- A ty, że tak spytam, kim jesteś? Pajacu ubrany w złote łachmany? – usłyszałam za plecami parsknięcie Varrick’a, więc się uśmiechnęłam

- Mnie nie oszukasz – pokręcił głową – To nie przypadek. Jestem zbyt ważny! Dzięki moim wysiłkom przegrasz gdzie indziej! – zaprawdę wyglądał niezwykle komicznie, próbując robić z siebie wszechmogącego. Szczególnie w tym bogato zdobionym stroju, z frędzelkami które zdecydowanie dodawały mu powagi. Tak wielkiej, iż myślałam że moi towarzysze zaraz wybuchną śmiechem. Nagle ciężką ciszę przerwał odgłos upadającego na ziemię ciała. Spojrzeliśmy na zaułek znajdujący się obok jednej z miejscowych rzeźb cesarzowej Celene – stała tam elfka z łukiem wycelowanym w szlachcica.

- Powiedz „co” !

- Co to ma do.. – wówczas strzała przeszyła jego serce. Ciało upadło z łoskotem na ziemię, plama krwi rozlała się dookoła jego głowy.

- Fuuj! – wydała z siebie przekomiczny dźwięk. Podeszła do niego, zawiesiła łuk na plecach i nachyliła się nad ciałem – Cienias! Ale przynajmniej posłuszny, nie? – te słowa skierowała w moim kierunku – ”Powiedz: co!” Bogate palanty zawsze chcą więcej, niż im się należy – spojrzała na mnie z uśmiechem. Ubrana była w lekką, szkarłatno – szarą zbroję, typową dla łotrzyka. Włosy miała jasne, krótko obcięte, duże usta, drobną twarz i wielkie, piękne oczy.

- ”Bla, bla, bla! Masz mnie słuchać! O, mam strzałę w pysku!” – udawała szlachcica śmiesznym głosem, mówiąc bardziej do siebie niźli do nas, po czym wyciągnęła strzałę i wsunęła ją do kołczanu.

Co ona jakaś nienormalna? Gada sama do siebie?  – pomyślałam przyglądając się jej.

- Widzę, że dotarłaś cała i zdrowa. Cieszę się – uśmiechnęła się szeroko do mnie – Noo… to mamy elfa. Obyś nie była za bardzo ”elfia” – zmarszczyła nosek wpatrując się w ziemię – To znaczy… wszystko w porządku, nie? Ale.. świecisz się? Jesteś… Heroldem?

- Tak, świecę się? – odpowiedziałam nieśmiało – I tak, jestem Heroldem.

- Nazywam się Sera! A to Twoja kryjówka – wskazała mi wysoką skrzynię – Schowaj się za nią. Przed Posiłkami – westchnęła rozbawiona widząc mój strach w oczach – Słyszałam, że gdzieś tutaj mają rynsztunek. Będą bez portek – uniosła brwi zabawnie a ja zaśmiałam się cicho.

Rzeczywiście, po chwili przybyło kolejnych kilku rzezimieszków. Sera doskonale strzelała z łuku, nie ukrywam że przydała się nam dodatkowa para rąk ponieważ tym razem przyszło ich troszkę więcej. Walka trwała nieco dłużej, niż przedtem no ale i przeciwników było więcej.

- Przyjaciele dali mi na prawdę dobry cynk! – podsumowała po skończonej walce – Portki spadają, co? – zaśmiała się – Zadziwiłaś mnie! Mogę… do Ciebie dołączyć?

- A może tak na początek zawiążemy jakąś znajomość? Mam na imię Eileen Lavellan.

- No dobra. Jedno imię… nie, dwa! Bo.. widzisz, to jest tak. Wysłałam Ci liścik, żebyś tu przyszedł i podpisałam się jako Ruda Jenny. To ja jestem Rudą Jenny. To taka nazwa, tak? Dzięki temu przyjaciele, czyli ”maluczcy” mogą dawać się we znaki znienawidzonej szlachcie. Jestem Sera. Pomogłam ci z udziałem u ”Przyjaciół Rudej Jenny”. I ze strzałami – wykrzywiła groteskowo usta spoglądając ku górze. W efekcie zrobiła prześmieszną minę, z której znów zachichotałam cicho.

- Zapewnisz nam szpiegów ? – zapytałam

- Słuchaj, jest tak. Tutaj są ”ważniacy” czyli wy i wszystkie wasze bzdety. ”Bla, bla rozgniotę Cię! Rozgniotę! ” – warknęła komicznie udając kogoś innego, a ja z Varrick’iem znów zaśmialiśmy się pod nosem – Słuchaj, nieważne. Chcę tylko żeby to wróciło do normy. Ty też?

- Oczywiście! Witaj w Inkwizycji! – uśmiechnęłam się.

Po krótkiej rozmowie Sera zaprowadziła nas do swojego malutkiego mieszkania, gdzie przespaliśmy noc. Z rana mieliśmy wracać do Azylu.

Gdy tylko wstał dzień ruszyliśmy w piątkę do karczmy kupić nieco żywności na drogę. Myślałam o straconym czasie, na podróż. Przecież czas na podróż był straconym, bo i tak efekt był niezwykle marny i żenujący. Więcej wydatków i czasu pochłonęła sama podróż, niż te negocjacje. Kiedy zbliżaliśmy się do bramy, zawołała mnie po imieniu jakaś kobieta.Odwróciliśmy się wszyscy – przed nami stała Wielka Zaklinaczka Fiona.

- Mogę Ci zająć chwilę?

- Przywódczyni buntu magów. Czy to nie zbyt ryzykowne, byś się tu pojawiła? – zapytał Solas robiąc krok w jej kierunku

- Dowiedziałam się, że Herold Andrasty się tutaj pojawił i chciałam Cię zobaczyć osobiście. Jeśłi szukasz pomocy przy Wyłomie może powinnaś spojrzeć w szeregi swoich konfratrów.

- ”Konfratrów?” – powtórzyłam krzyżując ręce – Nic nas nie łączy.

- Więcej niż myślisz – zajęła głos ponownie Fiona – A już na pewno łączy cię więcej z tymi oprychami – templariuszami. Potraktuj to jako zaproszenie do Redcliffe. Spotkaj się z magami. Koniec końców przymierze byłoby korzystne dla obu stron.Liczę, że spotkamy się na miejscu. Au revoir, Heroldzie – po tych słowach odwróciła się i odeszła.

Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni, po czym skierowaliśmy się do portu. Czekała nas długa, mozolna podróż do Azylu. Wściekałam się na samą myśl o tym straconym czasie.

Kiedy w końcu dotarliśmy, a ja przekroczyłam bramę Azylu, dostrzegłam Cullena szukającego mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się do niego, a kiedy dostrzegł że idę do świątyni – podążył za mną. Stanęliśmy dookoła stołu narad. Należało podjąć decyzję, jaką stronę obierzemy: magów czy templariuszy?

- Musimy podjąć decyzję – zaczęłam, gdy w sali narad pojawili się wszyscy – Jaką stronę obieramy: magowie czy templariusze?

- Templariusze będą Twoją siłą – zauważył Cullen

- Lecz magowie są uwięzieni w Redcliffe i nie mogą podjąć żadnej racjonalnej decyzji – zauważyła Leliana

- Chyba nie myślisz, o sojuszu z magami! – zawołała przerażona Kasandra – Są w zamknięciu, wiec Andrasta jedna wie co im do głowy strzeli!

- Dlatego musimy ich uratować i zawrzeć z nimi sojusz – pochyliłam się nad mapą podpierając się dłońmi o stół

- Oszalałaś – wyrzucił z siebie Cullen – Będziesz w niebezpieczeństwie!

- Jak wszędzie – spojrzałam na niego – Spróbujmy u magów, w Redcliffe. Leliano uszykuj nas do podróży, Józefino wyślij powiadomienie, że niedługo ruszamy! Cullen… nie martw się – zamknęłam oczy z uśmiechem – Jakiejkolwiek strony byśmy nie wybrali, zawsze według kogoś podejmiemy złą decyzję. A teraz rozejdźmy się i wróćmy do swoich obowiązków – odwróciłam się od stołu, by opuścić salę. Kątem oka wdziałam smutne i przerażone jednocześnie spojrzenie Cullena. Jednak musiałam podjąć decyzję i nieważne jaka by ona nie była, zawsze ktoś się do niej doczepi. A tak naprawdę wszędzie byłam narażona na niebezpieczeństwo. Teraz zarówno magowie jak i templariusze mogli okazać się zdradziecką siłą.

 

 

 

Dragon Age Inkwizycja: Byłam Ci Pisana

       

Rozdział 4: Otwarte Serce

      Usiadłam przy biurku, sięgnęłam po kawałek papieru i kałamarz, po czym rozpoczęłam pisanie listu do mojej przyjaciółki.

Najdroższa Paullo!
Piszę do Ciebie ten list z Azylu, który jest położony wysoko w górach. Jak pamiętasz, Opiekunka wysłała mnie w podróż by zjawić się na konklawe, lecz ja nic nie pamiętam z tamtego wydarzenia. Wypadłam z Pustki w środku ruin po Świątyni Świętych Prochów,a dookoła mnie pojawili się żołnierze. Po tym miałam krótkie przesłuchanie, lecz okazało się że mam znamię na dłoni dzięki któremu mogę zamknąć Wyłom. Pomogłam im, a w odpowiedzi zostałam przyjęta do Inkwizycji, więc pewnie jeszcze nie raz o mnie usłyszysz. Ale nie o tym chciałam w tym liście Ci napisać.
Poznałam Pięknego Mężczyznę. Najdroższa przyjaciółko… zakochałam się. Nie wiem, czy jest to możliwe ale oddałam mu serce. Jest piękny, wysoki, ma złociste włosy niczym promień słońca, oczy błyszczą niczym bursztyny a uśmiech ma tak ciepły, jak uśmiech twojego Falona. Ma na imię… Cullen. Pięknie brzmi, prawda? Jest mały problem… on zajmuje stanowisko dowódcy moich wojsk.. a poza tym wygląda mi na templariusza.. sama rozumiesz. Podczas, gdy piszę ci to wszystko raz po raz błyszczą łzy w moich oczach – jedne z radości że mogłam go ujrzeć, a drugie ze smutku iż prawdopodobnie nigdy między nami nie będzie. Pięknie się wysławia, jest bardzo skupiony gdy szkoli swoich żołnierzy. Miałam okazję chwilę przyglądać się treningowi prowadzonemu przez niego – to skupienie w jego oczach.. Niesamowite!
Może skupię się teraz na Tobie i Twojej rodzinie?
Jak Falon? Jesteś już brzemienna?
Ściskam i całuję mocno

Eileen Lavellan

Po zakończeniu pisania wstałam, zawinęłam list po czym skierowałam się do namiotu Leliany. Jak zwykle siedziała w skupieniu, czytając jakiś dokument.

- Leliano ?

- Och! – zawołała zaskoczona – Tak? Jak mogę Ci pomóc ?

- Mogłabyś wysłać ten list? By dotarł do lasu Brecillian? Zapewne ktoś go tam odbierze, bowiem to do mojej przyjaciółki – wręczyłam jej skrawek papieru

- Oczywiście!

- Bardzo dziękuję – uśmiechnęłam się, ukłoniłam lekko po czym opuściłam jej namiot. Doskonale wyczuwałam jej aurę ciekawości. Stawiałam kroki bardzo powoli, gdyż jej myśli sięgały aż do mnie. Mogłam doskonale wyczuć jak rozwija list, pełna ciekawości.

- Eileen! – usłyszałam za plecami. Nie wiem, która z emocji pojawiła się jako pierwsza: czy wstyd, czy zażenowanie czy też strach przed wyśmianiem. Odwróciłam się powoli, próbując ukryć łzy.

- Tak?

- Dlaczego płaczesz? – zapytała lekko wystraszona – Chciałam tylko o coś Cię spytać..

- Czytałaś mój list, prawda? – wyszeptałam – Nie śmiej się, proszę. Nigdy nie widziałam kogoś takiego jak on.. Tak, zakochałam się. Jest Pięknym Mężczyzna, i wiem że nigdy nie pozna moich uczuć.. bo nie zasługuję na miłość – łzy kapały po moich policzkach.

Leliana podeszła bliżej i schwytała mnie za ramiona. Następnie delikatną dłonią uniosła moją czerwoną od wstydu oraz łez twarz ku górze.

- W Cullenie, prawda? – uśmiechnęła się ciepło

- Tak – szepnęłam spuszczając wzrok – Chcę tylko patrzeć… – szepnęłam – Patrzeć na niego, ponieważ wiem że nic między nami nie będzie..

- Skąd możesz mieć taką pewność? Chodź – pociągnęła mnie lekko w kierunku swojego namiotu – Zdradzę Ci kilka tajemnic na jego temat, dobrze?

Usiadłyśmy naprzeciwko siebie. Namiot Leliany był spory, jednak wystarczyło miejsca na drewniany stół, oraz na małe palenisko które było źródłem ciepła i światła.

- Na początek musisz wiedzieć, że Cullen nie jest łatwym.. zawodnikiem. Miał bardzo ciężką przeszłość związaną z magami, więc nie zaufa Ci od razu. Pewnie nawet nie zrozumie tego, że Ci się podoba. Znam go kilka lat i z tego co zapamiętałam, nie dopuścił do siebie żadnej kobiety.

- Żadnej? – powtórzyłam otwierając szeroko oczy

- Mhm. Nie potrafił zaufać.. a z tego co widzę po Tobie, Ty również śmiałością nie pałasz do mężczyzn – zachichotała

- To nie tak – zmarszczyłam brwi – Ja mimo tego, iż byłam w klanie to nie zaznałam miłości od Opiekunki. Odkąd pamiętam powtarzała mi, że nigdy nie zostanę niczyją żoną.. że żaden elf nie będzie chciał nieczystej, ani żaden człowiek..

- Nieczystej ? – powtórzyła

- Opiekunka darzyła mnie nienawiścią. W dniu ślubu mojej przyjaciółki, pijana, kazała gwałcić mnie wszystkim elfom. Gdy mąż mej przyjaciółki, Falon, stanął w mojej obronie to został pobity… Wiem, że wszyscy mają Opiekunów za dobrych, pełnych ciepła przywódców lecz moja Opiekunka taka nie była..

- To.. to straszne!

- Nigdy więc nie spoglądałam na mężczyzn, bowiem wiedziałam że nigdy nikt mnie nie pokocha.. Aż do dziś. Nie robię sobie nadziei na to, że Cullen… – zawiesiłam głos po czym rzuciłam jej krótki uśmiech – Cullen… pięknie brzmi to imię.. ech, wracając. Nie robię sobie nadziei, że templariusz pokocha maga. Przecież jesteśmy z dwóch, wrogich obozów.. Ale patrzeć mogę. I wyobrażać sobie, że kiedyś mógłby mnie pokochać – ostatnie zdanie wyszeptałam bardziej sama do siebie niźli do niej

- Jejku, romantyczka z Ciebie – zachichotała – O! Właśnie tutaj idzie! – szepnęła po czym spojrzała w bok.

Przy jej namiocie stał Cullen, w całej swojej pięknej okazałości. Po raz kolejny czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Uśmiechał się do mnie, lecz ja mogłam wydusić z siebie coś w rodzaju grymasu.

- Leliano, czy mogę.. Cię poprosić?

- Oczywiście – zerwała się z miejsca

- To.. ja może pójdę? – uśmiechnęłam się do nich po czym szybkim krokiem poszłam przed siebie. Widziałam jednak, jak Leliana każe mi stanąć za jej namiotem.

Że niby ja mam podsłuchiwać ?!

Ale ona nie dawała za wygraną. Kazała mi stanąć tam, a następnie skupiła się na rozmowie z Cullenem. Westchnęłam ciężko, po czym ruszyłam po cichu na tyły namiotu. Miałam tylko nadzieję, że Cullen mnie stąd nie dostrzeże.

- Mam do ciebie małe pytanie.. czy wiesz coś o tej nowej.. dziewczynie?

- Jakiej? Eileen Lavellan?

- Tak! O tej, która ma być w naszej Inkwizycji.

- Dalijka, mag – wymieniała kobieta – niedawno opuściła swój klan. Rozmawiałam z nią chwilę temu, i mogę Ci otwarcie o niej powiedzieć, że nie jest groźna. Wiesz doskonale, że mam dostęp do najgłębiej ukrytych informacji i mogę Ci przyrzec, że ta… dziewczyna jest oazą spokoju. Jej Opiekunka nie darzyła jej miłością, klan nie akceptował.. sam rozumiesz?

- Oh – westchnął – Rozumiem. Chciałem o nią spytać, dlatego że widziałem kilka razy jak kręci się wokół placu treningowego.. dziwnie się patrzyła, próbowała uśmiechać a kiedy się na nią spojrzałem to zrobiła się cała czerwona… – na te słowa Leliana odpowiedziała śmiechem

- Uwierz mi, to nie wróży nic złego. Po prostu bądź dla niej delikatny, a może nawet..spróbuj dać jej szansę – te ostatnie zdanie usłyszałam bardzo słabo gdyż mówiła to do niego prawie szeptem

- Szansę na co?

- Przekonasz się – po tym zdaniu Cullen odszedł lekko zmieszany. Szybkim krokiem podeszłam do Leliany, w oczach stały mi łzy.

- Jak mogłaś? – zapytałam z wyrzutem a ona posłała mi zdziwione spojrzenie – Teraz ma mnie za wariatkę! Za niedojrzałe dziecko!

- Nie poddawaj się. Po prostu spróbuj z nim porozmawiać. Nie panikuj – uśmiechnęła się do mnie, jednocześnie wycierając mi spływające po policzkach łzy – Nasiono zakiełkowało – szepnęła po czym powolnym krokiem powróciła do namiotu.

Ja tymczasem stałam w tym samym miejscu, próbując zrozumieć ostatnią wypowiedź Leliany.

” Nasiono wykiełkowało ”

Wolałam nie robić sobie nadziei na coś poważnego, ale chciałam zamienić z nim kilka słów. I kiedy to zebrałam się już na odwagę, przede mną stanął ten elf. Jak mu tam było? Solas? Przyjrzałam mu się nieco dokładniej niż na początku. Jego osoba była otoczona aurą tajemniczości połączonej z niewiarygodnym smutkiem. Miał w sobie coś niezwykle delikatnego, jego łagodne, błękitne oczy wyrażały smutek choć był on zapewne głęboko ukryty.

- Witaj. Czy mógłbym zaprosić Cię na krótki spacer?

- Na spacer? Oczywiście – zamknęłam oczy po czym ruszyłam z nim dróżką w dół Azylu. Mijało nas wiele ludzi, ich spojrzenia pożerały nas pełne ciekawości i zainteresowania.

- Cieszę się, że jest chociaż ktoś z kim mogę zamienić parę słów. Zakładam, że jesteś dalijką?

- Tak. Jak widać. A Ty jesteś… dalijczykiem czy miejskim elfem?

- Ani tym, ani tym. Nie uważam się za żadnego z nich.

- Przecież masz spiczaste uszy, jak ja. Więc..

- Wychowywałem się w małej wiosce, później zamieszkiwałem raczej w dziczy. Jestem samotnikiem, apostatą, i mam niemałą wiedzę na temat Pustki. Powinienem coś dodać, by zyskać Twoje uznanie? – uśmiechnął się nieśmiało

- Nie, myślę że na początek wystarczy – spojrzałam mu prosto w oczy, jednak jego szczery uśmiech wywołał u mnie zmieszanie – Co możesz mi opowiedzieć o Pustce?

- Widziałem ruiny zapomnianych thaigów, widziałem bitwy o których już dawno, dawno zapomniano.. A duchy nie pamiętały nawet swoich imion, jedynie to że muszą pilnować tego miejsca oraz historii..

- Niesamowite – odezwałam się po chwili ciszy

- Powiedz mi.. bo zauważyłem, że często spoglądasz na komendanta Cullena.. czy Ty…?

- Nie.. wiem – zawahałam się – A, czy mogę wiedzieć, dlaczego pytasz?

- To.. nic – odwrócił wzrok – Po prostu… – w połowie zdania pochylił się, zerwał biały kwiat i wręczył go mnie – Proszę. Dawno nie podarowałem żadnej kobiecie kwiatu, a skoro Ty tutaj jesteś..

- Dziękuję – zarumieniona zaciągnęłam się słodkim zapachem – To Łaska Andrasty, prawda? – spytałam, gładząc jasnoniebieskie płatki

- Tak. Miałem nadzieję że ci się spodobają – uśmiechnął się szczerze

- Jest piękny, dziękuję Solasie. Emanuje z Ciebie ogromna aura tajemniczości.. nie potrafię do końca Cię zrozumieć.

- Jesteś na początku drogi do poznania mnie – poczułam delikatne muśnięcie jego dłoni o moją – Więc jeszcze wiele, wiele przed Tobą.

- To na pewno. Piękny dziś dzień choć mroźny, nie sądzisz?

- Zgadzam się. Czy wydaje mi się, czy chcesz o coś spytać?

- Tak, choć obawiam się, że to za wcześnie..

-Tutaj jest nieco ustronne miejsce, gdzie możemy porozmawiać – wskazał pomost.

Rozejrzałam się dookoła – wkroczyliśmy na zalodzone jezioro. Solas schwytał mnie za rękę, pomógł wejść na strome wzniesienie po czym spokojnie odgarnął ręką zalegający w tym miejscu śnieg. W oddali było widać tętniący życiem Azyl.

- Chodzi o to, że po części jesteś przecież elfem.. prawda? Mimo, że nie utożsamiasz się ni z dalijczykami ni z miejskimi elfami.. to przecież.. kiedyś musiałeś kochać?

- Mnie nigdy to uczucie nie dotknęło. Choć w pustce natrafiłem na wiele historii przepełnionych miłością. Mimo to, nie myślałem jakby było gdyby na mojej drodze stanęła kobieta, która zawładnęłaby moim sercem i moją duszą..

- Czasami dobrze jest pomarzyć – rzuciłam cicho, patrząc przed siebie – Nigdy nie zaznałam jej, podobnie jak Ty ale czytałam książki, wpatrywałam się w związki które tworzyły się wśród innych w klanie. Coś pięknego – wzięłam głęboki oddech zamykając oczy – Dzięki temu masz siłę, by patrzeć przed siebie..wierzysz w to, co jest niemożliwe. To jedyne uczucie, dla którego nie istnieją bariery..mimo że ja nigdy go nie poznałam – po tych słowach spuściłam wzrok – W pewien sposób nie odnajduję się w tych wydarzeniach. Jestem zimną bryłą lodu, pozbawioną uczuć. Nie znam ciepła, nie znam dobra. Odrzucenie, ból to uczucia, które znam idealnie. Uwielbiałam ukrywać się w krzakach, by podglądać zakochanych. Ich magiczne spojrzenia, szepty, pocałunki.. – nagle poczułam, jak jego dłoń dotyka mojego policzka.

Smutek w jego oczach nieco zelżał, ciepłe dłonie gładziły moją skórę zbierając z niej łzy.

- Jesteś zagubiona – szepnął – Potrzebujesz kogoś, kto Cię poprowadzi.. – i wówczas wydarzyło się to.

Nawet nie miałam pojęcia, kiedy mu się to udało. Schwytał moją twarz, odwrócił w swoim kierunku po czym złączył swoje usta z moimi. Próbowałam to wszystko objąć umysłem, ale on tylko odsunął się na milimetr, nieustannie gładząc moją twarz.

- Nie próbuj zrozumieć – szepnął cicho – Po prostu zamknij oczy i przyjmij ciepło, które chcę Ci podarować – po tych słowach ponownie nasze usta się złączyły.

Słońce świeciło przyjemniej, śnieg przestał padać i nagle zniknął ten górski, szczypiący w policzki mróz. Lekko uchyliłam powieki – zobaczyłam, jak aura Solasa jaśnieje w błękitnym kolorze. Poczułam niewyobrażalną radość płynącą od niego.

Ktoś mógłby pomyśleć, że to abstrakcja bo jak można całować kogoś, kogo się zna zaledwie kilka godzin? Ale on przecież chciał mi dać tylko trochę ciepła, chciał ogrzać moje wnętrze. A co, jeśli Cullen nigdy mnie nie zaakceptuje? Jeśli nigdy mnie nie pokocha, a to moja jedyna okazja by poznać smak pocałunku? Z resztą kto to widzi?

Nie chciałam dalej myśleć o konsekwencjach, po prostu wykorzystałam chwilę. Podobnie jak i on. Przecież między nami nie ma uczucia, jest jedynie wymiana ciepła. Jestem bryłą lodu, zimną, okradzioną z uczuć. On jest jedną, wielką tajemnicą której nikt nie zdołał rozwiązać, poznać. Jest chłodny jak ja. Nosi w sobie poczucie winy, choć nie mam pojęcia dlaczego. Czuję ten smutek, który wciąż wyłamuje się spod jego muru. Dam mu ciepło. Dam mu ten jeden, jedyny pocałunek który sprawi że ponownie zapłonie w nim ciepły ogień. Przecież to nie uczucie, prawda? Przecież to nawet nie jest miłość. To tylko pocałunek. Ja oddałam serce Pięknemu Mężczyźnie. Jeszcze dziś możemy ogrzać się nawzajem. Jeszcze dziś mogę przyjąć ten pocałunek, choć nigdy wcześniej się nie całowałam. Jeszcze dziś mogę poczuć jego dłoń na moim policzku, poczuć jego niekończącą się aurę szczęścia.

Poczuj moje ciepło, Solasie..

Poczuj moje ciepło, Lavellan…

Dragon Age Inkwizycja: Byłam Ci Pisana

         

Rozdział 3: Pierwsze Spotkanie

      Gdy otworzyłam oczy, znajdowałam się w pokoju.Był drewniany, niewielki lecz wystarczający jak na moje potrzeby. Dookoła siebie dostrzegałam regały wypełnione książkami, kilka beczek oraz skór zawieszonych na ścianie. W lewym rogu zauważyłam także klatkę średniej wielkości, która była otwarta. Zapewne trzymano tam jakiegoś ptaka, czy coś takiego. Niedaleko łóżka znajdował się kominek, z którego buchało ciepło a trzask drewna zmieszany z blaskiem ognia wywoływał we mnie ciepłe wspomnienia. W pewnym momencie otworzyły się drzwi, przez które przeszła uśmiechnięta elfka. Niosła jakąś skrzynkę, jednak kiedy skierowała swój wzrok na mnie, ze strachu upadła ona a wraz z nią skrzynka.

- Nie wiedziałam, że śpisz! – zawołała widząc mnie leżącą jeszcze na łóżku

- Spokojnie. Nie denerwuj się. Nic się nie stało, na prawdę. Możesz mi tylko odpowiedzieć gdzie aktualnie się znajduję?

- Lady Kasandra prosiła, gdy oczywiście się już obudzisz i przyprowadzisz do porządku, byś odnalazła ją w świątyni. Znajdujesz się w Azylu – słyszałam, jak drżał jej głos.

Ciekawe, kto ją aż tak wystraszył.

- Dziękuję – skinęłam głową a elfka pośpiesznie opuściła pokoik.

Ja, tymczasem, podeszłam do lustra: przede mną widniało odbicie niewysokiej, drobnej kobiety z jasnymi włosami ściągniętymi w niedbałą kitkę. Moje elfie uszy odstawały nieco, jednak zawsze traktowałam je jako tą uroczą część mojego ciała. Skupiłam się na mojej twarzy:  jasne vallaslin – czyli znaki nakładane na nasze ciało, oznaczające wejście w dorosłość – w wymyślnym kształcie znaczyły swoją drogę od nasady nosa aż po czoło, gdzie rozwijały się na prawo i lewo. Duże, błękitne oczy uważnie obserwowały swoje odbicie spod długich, czarnych, gęstych rzęs. Po raz kolejny dotykałam swojej twarzy, by uwierzyć że to wszystko jest prawdą: prostego, małego nosa, wąskich i jednocześnie pełnych ust, małego podbródka i delikatnie wystających kości policzkowych, usadowionych nieco niżej niż oczodoły. Policzki miałam lekko pulchne, a na nich nałożony jasny róż. Sztukę wyrabiania kosmetyków nabyłam od mojej przyjaciółki z klanu – Ayshen – która do tych celów zbierała kwiaty, a tusz wyrabiała z zwęglonego kamienia. Dokładnie nie zapamiętałam tej techniki, więc korzystałam z tego co zapamiętałam – póki co działało. Spojrzałam na wieszak znajdujący się tuż obok – szybkim ruchem zdjęłam ciepłą, skórzaną kurtkę po czym opuściłam pomieszczenie.

Na zewnątrz przed moim domem stało mnóstwo ludzi: ustawili się w dwóch rzędach naprzeciw siebie, trzymając zaciśniętą prawą pięść przy sercu. Była to garść ludzi zmieszanych razem: mieszkańcy Azylu wraz żołnierzami. Poczułam zmieszanie, jednak chciałam bardzo je przed nimi ukryć, więc zmusiłam się do uśmiechu. Radość na ich twarzach była nie do opisania, oczy pełne ekscytacji gdy lustrowali mnie wszyscy po kolei. Obrałam kierunek do świątyni stawiając powolne kroki, by mogli mi się przyjrzeć. Może to okaz niezwykłej dumy, ale ja byłam z siebie cholernie dumna!

- To ona! Herold Andrasty! – usłyszałam gdzieś z tłumu. W odpowiedzi posłałam młodemu mężczyźnie uśmiech. On zaś zrobił się cały czerwony, co mnie rozczuliło więc zachichotałam.

Na lewo znajdowały się schody prowadzące do świątyni w Azylu. Zobaczyłam w oddali grupkę kapłanek Zakonu, które stały przed budynkiem. Zapewne mnie oczekiwali zniecierpliwieni. Świątynia była wysoka, wykonana z jasnego kamienia. Na dachu łopotały pod wpływem wiatru czerwone flagi, z nieznaną mi symboliką w kolorze złota. Kiedy otwierałam drzwi budynku słyszałam jakieś pomruki: uznałam, że to nie najlepszy pomysł a zarazem moment, by wdawać się w kłótnię z kapłanami i kapłankami.

Wnętrze świątyni było ciemne, oświetlone jedynie świeczkami w sporej ilości. Pod moimi stopami ciągnął się długi, karmazynowy dywan z złotymi zdobieniami po bokach. Przy każdym z filarów świątyni stało wiele, malutkich świeczek. Istotnie oddawało to niezwykły, niepowtarzalny nastrój typowy dla świątyń lecz ten nastrój był inny.. niósł ze sobą dobre, spokojne ciepło. Idąc wzdłuż dywanu dotarłam do wielkich, drewnianych drzwi nad którymi wisiała flaga, również karmazynowa z wyszytym z złotej nici słońcem, od którego wypływały falowane promienie. Przekroczyłam drzwi i ujrzałam pierwsze, znajome twarze: Kasandra pochylała się nad szerokim lecz krótkim, drewnianym stołem a Leliana stała tuż obok. Nie mogło zabraknąć także czarnego charakteru – przemiłego, dobrotliwego Kanclerza Rodryka.

- Zakuć ją! Ma być gotowa do podróży na proces w stolicy! – huknął, gdy tylko dostrzegł moją postać swoimi świńskimi oczkami. Już sama jego twarz zdradzała, jakim jest zatwardziałym fanatykiem: orli, zakrzywiony nos, wąskie usta i niekoniecznie przyjazne spojrzenie.

- Odwołuję rozkaz. Zostawcie nas – Poszukiwaczka uniosła spojrzenie, po czym wyprostowała się odsuwając się od mapy

- Stąpasz po kruchym lodzie, Poszukiwaczko…. – odezwał się mężczyzna

- Wyłom jest stabilny, ale nadal nam zagraża, Kanclerzu. Nie zamierzam ryzykować – kobieta stanęła niebezpiecznie blisko niego krzyżując z nim spojrzenie

- Zrobiłam co mogłam, a nadal jestem podejrzana? – zaśmiałam się sarkastycznie, jednocześnie unosząc lewą brew ku górze – Jesteś niezwykle wdzięczny za uratowanie ci tyłka, Kanclerzu.

- Nie odzywaj się nie pytana, ostroucha – warknął

- Wyłom nie jest jedynym zagrożeniem, Kanclerzu – odpowiedziała Kasandra lekko zdenerwowanym głosem

- Ktoś stał za wybuchem na konklawe – zajęła głos niespodziewanie Leliana – Ktoś, kogo Przenajświętsza się nie spodziewała. Być może zginął z resztą… – przerwała na chwilę – lub przeżył, zbierając teraz jeszcze silniejszych sojuszników.

- Podejrzewacie mnie ?! – warknął jeszcze głośniej oburzony

- Ciebie i wielu innych – ucięła Leliana marszcząc brwi z poirytowaniem

- Słyszałam głosy w świątyni. Boska wezwała ją na pomoc! – próbowała usprawiedliwić mnie Kasandra

- Czyli to przeżycie jej i to coś, na jej ręce, to przypadek? – zakpił mężczyzna marszcząc gniewnie brwi

- Opatrzność – stwierdziła kobieta o włosach czarnych niczym pióra kruka – Przysłał ją Stwórca, by pomogła nam w najczarniejszej godzinie.

- Wyłom wciąż istnieje, a Twoje znamię to jedyna nadzieja na jego zamknięcie – Leliana ponownie skupiła się na mojej osobie.

Chyba będę musiała przyzwyczaić się do bycia w centrum, ech.

- Nie tobie o tym decydować  – ostre słowa wyplute z ust Kanclerza dotknęły, spokojną dotąd, Lelianę

- Wiesz, co to jest Kanclerzu – Kasandra z gniewem położyła na drewniany stół ciężką, metalowo oprawioną księgę Zakonu – Edykt Boskiej, upoważniający nas do działania! – zmarszczyła w gniewie brwi, jednocześnie skupiając złowrogie spojrzenie na mężczyźnie naprzeciwko niej – Od tej pory oficjalnie proklamuję odrodzenie Inkwizycji  – po czym wykonała kilka agresywnych kroków w jego kierunku.

Mężczyzna bowiem dosłownie moment temu odsunął się na bezpieczną odległość, gdy dotarł do niego gniew Kasandry.

- Zamkniemy Wyłom, znajdziemy odpowiedzialnych i przywrócimy porządek. Z twoim poparciem lub bez. Koniec dyskusji.

Kanclerz nie ryzykował więcej starcia z Poszukiwaczką, więc pokręcił głową a następnie podkulił ogon i opuścił świątynię. Kasandra zaś nerwowo podrapała tył głowy, jak gdyby dopiero teraz do niej dotarła co wyrzuciła z swych ust.

- Tak poleciła Boska: odbudować dawną Inkwizycję. Odnaleźć tych, którzy przeciwstawią się chaosowi – odezwała się Leliana po chwili ciężkiej ciszy. W tym czasie jej zręczne palce dotykały księgi, jakby z najwyższą świętością -I nie jesteśmy gotowi. Nie mamy ani poparcia Zakonu, ludzi a w dodatku przywódcy.

- Nie mamy wyjścia. Musimy działać. Z Tobą u boku – głos Kasandry wydawał się być zarówno zdeterminowany jak i lekko wystraszony, jakby sama nie wierzyła, że to co się dzieje jest prawdziwe.

- Chcę pomóc – zwróciłam się w kierunku Kasandry oraz Leliany – Choć nie ukrywam, iż nie wyobrażam sobie elfki która miałaby poprowadzić ludzi w imię Andrasty. To, że garstka ludzi jest w stanie uwierzyć że Andrasta wybrała dalijkę na swojego Herolda nie oznacza, że każdy w Thedas będzie na takie coś gotów… – westchnęłam spuszczając wzrok

- Nie przejmuj się takimi szczegółami – zawołała z entuzjazmem Leliana – Jeśli chcesz pomóc, to nikt w końcu nie będzie skupiał się na Twoim pochodzeniu, lecz na czynach jakimi zdobędziesz ich serce.

- Witaj w Inkwizycji – Kasandra wyciągnęła ku mnie dłoń, którą z miłą chęcią uścisnęłam.

Po krótkiej chwili entuzjazmu opuściłyśmy świątynię, by odetchnąć świeżym, górskim powietrzem. Mimo jaśniejącego nad naszymi głowami słońca, górskie powietrze dawało się we znaki: padał drobny śnieg, który powodował rumieńce na policzkach. Na samą myśl o tamtym zimnie, podczas przeprawy do świątyni, moje ciało przeszedł dreszcz. Usłyszałam uroczy śmiech Leliany, a chwilę później widziałam jak kieruje się do swojego namiotu. Widziałam jak wzięła się za pisanie jakiś listów, zapewne do Zakonu. Pomachałam jej uśmiechnięta, lecz ona jedynie posłała mi uśmiech.

- Chodź – odezwała się nagle Kasandra – Powinnaś kogoś poznać. Gdy straciłaś przytomność, nie zawahał się nawet moment by wziąć Cię na ręce i zanieść do bezpiecznego miejsca – na jej ustach zagościł uśmiech. Posłałam jej pytające spojrzenie, lecz ta tylko ruszyła przed siebie. Minęłyśmy kuźnię – zawsze uwielbiałam przyglądać się pracy kowali. Z tych miejsc zawsze było czuć ciepło, niezależnie od pory dnia czy roku, zawsze było słychać rytmiczne uderzenia młotem o stal, trzaskanie ogniska oraz rozmowy zmieszane ze śmiechem. Dalijczycy zajmowali się głównie wyrobami z żelazodrzewa lub z rogów halli, więc gdy miałam okazję uciec do miasta to pierwszym miejscem które chętnie odwiedzałam była właśnie kuźnia. Kasandra pośpieszyła mnie, więc nie miałam czasu zamienić słowa z kowalem. Za rogiem stali żołnierze, którzy od razu zasalutowali kiedy to pojawiła się przed nimi nasza dwójka. Spoglądałam z uśmiechem na ich twarze, a oni z chęcią je odwzajemniali.

- Uśmiech proszę – odezwała się cicho w moim kierunku – Poznasz teraz swych doradców – odwróciła głowę na moment w moim kierunku po czym przyśpieszyłam kroku.

Uniosłam z uśmiechem głowę ku górze… i miałam wrażenie, iż cała krew odpłynęła mi z twarzy. Tam stał.. ON. Piękny Mężczyzna. Zrozumiałam, że nie był jedynie moim snem a ten moment, kiedy trzymał mnie w swych ramionach nie był jedynie moją fantazją a prawdą. Wydawało mi się, że ręce mam mokre od potu a w gardle zdążyła urosnąć gula tak wielka,  iż żadne słowo z moich ust się nie wydobędzie. Miałam szczerą nadzieję, że jak zamknę oczy i otworzę je ponownie, to jego tam nie będzie! Ale on wciąż tam był! Wysoki, rosły mężczyzna… i, na Stwórcę, nieziemsko przystojny. Na barkach miał ciemnobrązowe futerko, przytwierdzone do płaszcza z srebrnymi elementami, do tego ciemnobrązowe, ocieplane spodnie oraz wysokie kozaki. Kiedy zrobiłam kilka kroków w przód to mogłam mu się dobrze przyjrzeć. Łagodna szczęka, delikatny zarost, nieziemsko przystojne usta przyozdobione blizną po lewej stronie ciągnącej się od górnej wargi do wysokości mniej więcej lewego płatka swojego prostego nosa. Oczy miał niezwykle błyszczące, brązowe.. cudowne. Ciemne brwi dodawały mu seksownego uroku. Czułam, że przełykam ślinę częściej niż powinnam więc skupiłam się na kolejnej doradczyni, stojącej obok Pięknego Mężczyzny. Była niższa, bowiem sięgała mu jedynie do ramienia. Ciemna cera, ciemne włosy – zapewne pochodzi z Antivy. Twarz miała łagodnie zakończoną drobnym podbródkiem, kości policzkowe znajdowały się zaraz pod pięknymi, szaro-zielonymi oczyma które były udekorowane w piękne, długie a zarazem ciemne rzęsy. Nos miała prosty, średniej długości nisko zakończony a pod nim piękne, pełne usta. Ta kobieta zdecydowanie była pełna wdzięku. Za nią stała znajoma mi już Leliana z uśmiechem na ustach. Niedaleko nas widoczny był Wyłom – wciąż tak samo złowrogo plujący błyskawicami.

- Wejdźmy do świątyni, tam rozpoczniemy prezentację – zaproponowała Kasandra.

Podczas gdy ta czwórka szła na przodzie, ja starałam się zwolnić kroku jak najbardziej. Chcąc, nie chcąc, mój wzrok momentami kierował się na postać tego mężczyzny. Sposób, w jaki się poruszał, wskazywał że od najmłodszych lat uczono go jak stworzyć pierwsze dobre wrażenie… lub tak doskonale blefował. Być może chciał na mnie wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Podobnie, z resztą, jak ja na nim. Gdy znaleźliśmy się we wnętrzu świątyni, a dokładniej w sali w której byłam poprzednio w towarzystwie niezwykle miłego Kanclerza, wszyscy rozstawili się dookoła drewnianego stołu, przystrojonego tym razem w wielką, ręcznie wykonaną mapę Thedas. Mimowolnie, na jej widok, wzięłam głęboki oddech co oczywiście wywołało u niektórych śmiech. Wiedziałam jednak, że nie zawarto w niej żadnej złośliwości.

- Lavellan – to nazwa mojego klanu a także, jakby nie patrzeć nazwisko. Zastanawiałam się jednak, skąd Kasandra to wiedziała. Choć prawdą jest, iż Leliana miała dostęp do wszystkich informacji na mój temat – Pragnę przedstawić Ci Cullena Rutherforda, który będzie dowódcą wojsk Inkwizycji – spojrzał na mnie tymi swoimi pięknymi, brązowymi oczami jednocześnie uśmiechając się tajemniczo. Na Stwórcę, nie mogę na niego patrzeć. Nie potrafię ukrywać emocji, więc na pewno widać po mnie jak bardzo pociąga mnie cały on. Zapewne śmieje się ze mnie w duchu, jakaś to ja jestem głupia.

- Bardzo miło mi Cię poznać – ku mojemu zdziwieniu schylił lekko głowę, posyłając mi ciepły uśmiech. Jego głos był taki łagodny, taki ciepły. Chyba dostrzegł moje rumieńce, ponieważ uśmiechnął się szerzej.

- To jej Ekscelencja Józefina Montilyet. Nasza ambasador i główny dyplomata – wskazała na piękną, bogato odzianą kobietę

- Sporo o Tobie słyszałam – odezwała się równie ciepłym, kobiecym głosem – Miło mi Cię wreszcie poznać.

- I wzajemnie – uśmiechnęłam się, wykonując niezgrabny ukłon

- No i, znajoma Ci już twarz, Leliana. Będzie naszą szpiegmistrzynią – rudowłosa uśmiechnęła się uroczo w moim kierunku

- Tak. Delikatnie rzecz ujmując, Kasandro.

- Bardzo mi miło was wszystkich poznać! – zawołałam podekscytowana – Na prawdę czuję się zaszczycona, iż będę mogła pracować z tak niesamowitymi osobami.

- Na tym może na dziś zakończymy – zaśmiała się Leliana

- Tak. Odpocznij – te słowa skierowała do mnie – Rozejrzyj się po obozie, poznaj ludzi, porozmawiaj z nimi. Im szybciej się zadomowisz, tym lepiej.

- Oczywiście – uśmiechnęłam się w ich kierunku.

Krótka chwila pogawędki, po czym wszyscy się rozeszli. Przez krótką chwilę miałam okazję iść obok Cullena. Sięgałam mu ledwie do ramienia, i to tak jeszcze nie do końca. Mimo wszystko widziałam, jak ucieka wzrokiem w moim kierunku od czasu do czasu a wtedy czas się dla mnie zatrzymywał. Chyba się zauroczyłam.. koniecznie muszę napisać o tym list to mojej przyjaciółki!

Dragon Age Inkwizycja: Byłam Ci Pisana

Rozdział 2: Azyl

        Dotarcie do Azylu zajęło nam dłuższą chwilę. Kasandra poradziła nam, byśmy spotkali się z Lelianą, aby z nią pomówić. Dotarliśmy do głównej bramy, gdzie czekali na nas żołnierze oraz zaopatrzeniowcy. Nie zabrakło także fanatyka Andrasty, który w ciągu kilku minut zdążył wszystkim przypomnieć o mojej domniemanej winie, co najmniej pięć razy. Moje poirytowanie rosło, więc Kasandra poszła z nim porozmawiać.

- Więzień powinien dostać się do Świątyni Świętych Prochów! To nasza jedyna szansa! – grzmiał z daleka.

- Wiem, kim ona jest. – zabrała głos Leliana, która pojawiła się nie wiadomo skąd.

- Jako wielki Kanclerz Zakonu niniejszym rozkazuję Ci odprowadzić więźnia na egzekucję do Val Royeaux!

- Rozkazujesz mi?! – oburzyła się Poszukiwaczka – Mnie?! Ty?! Biurokrata?!

- A Ty sierpaczem, który podobno wykonuje wolę Zakonu! – burknął Kanclerz

- Służymy Przenajświętszej, Kanclerzu, jak dobrze wiesz – Leliana wyraźnie próbowała ostudzić zapał mężczyzny, jednak póki co bezskutecznie.

- Justynia nie żyje! Musimy wybrać następczynię, i to jej słuchać w tych sprawach! – prawie wypluł te słowa Kasandrze w twarz. A ja czułam jak irytacja rośnie wewnątrz mnie. Na prawdę, starałam się nie wybuchnąć.

- Och, czyli Wyłom stracił już termin ważności? – odezwałam się z sarkazmem – Pewnie, zajmijmy się moją osobą! Uwielbiam być w centrum uwagi!

- TY! Ty się nie odzywaj, ostroucha! – warknął – Gdybyś się nie pojawiła, to nic by się nie wydarzyło! To TY go tutaj sprowadziłaś!

- Och, przeceniasz moje możliwości – uśmiechnęłam się złośliwie

- Musimy zmienić położenie – Leliana nerwowo potarła czoło – Możemy wybrać drogę przez góry, a wtedy nasze siły zaatakują z zaskoczenia…

- Straciliśmy kontakt z całym oddziałem – wtrąciła Kasandra – To zbyt ryzykowne.

- Wycofajmy się, póki jeszcze mamy szansę! – zawył błagalnie Kanclerz.

     Wtedy Wyłom rozbłysnął ponownie, złowrogie błyskawice spotęgowały przerażający obraz. Ziemia pod nami zatrzęsła się lekko. Moja dłoń również zabłysnęła tym samym blaskiem, a palący nerwy prąd przeszedł przez nią ponownie. Po chwili blask znów ustał. Kasandra zrobiła krok w moim kierunku.

- Co, twoim zdaniem, powinniśmy uczynić?

- Pójdźcie górską drogą. Przecież chcemy aby było jak najmniej martwych, prawda? Musimy współpracować.. Razem!

- Zrozumiałam – skinęła głową po czym zwróciła się do Leliany – Przyprowadź z doliny wszystkich. Wszystkich!

- Odpowiedzialność spadnie na Twoją głowę, Poszukiwaczko – syknął jadowicie Kanclerz, po czym zniknął w swoim namiocie.

My natomiast ruszyliśmy w kierunku świątyni. Droga przez góry wydawała się długa i mozolna, szczególnie przez mróz oraz śnieg które spowalniały nasze kroki. Miałam wrażenie, że jeszcze nigdy nie byłam tak blisko takiego niezwykłego, niebezpiecznego zjawiska. Od czasu do czasu Wyłom pluł na prawo i lewo swoimi odpadami, tworząc pomniejsze szczeliny. Będąc na wysokości mogłam dokładnie przyjrzeć się temu wirowi, który zmieniał swoją wielkość z godziny na godzinę: był niczym tornado, które rozdzierało Zasłonę między światem żywych a światem duchów. Wyglądało…jakby ktoś mieszał w Zasłonie wielką łychą…no wiecie, jak w kotle. Zielone błyskawice strzelały we wszelakich kierunkach, a ich blask zmieniał kolor chmur z białych na jaskrawą zieleń. Przyjrzałam się dokładniej niebu: wyglądało… jakby Wyłom rozdarł niebo. Przez moment zamyśliłam się, zastanawiając się jakby to było, gdyby włożyć tam rękę. Czy dotknęłabym świata duchów? Czy mogłabym podróżować na jawie między naszym światem, a światem dusz? Czy możliwe byłoby poznanie wszystkich, ukrytych dotąd historii?

- Ani mi się waż – Solas schwytał mą dłoń – Nie myśl o tym, moja droga. Musimy to zamknąć, inaczej Zasłona nie będzie już nikomu potrzebna, ponieważ Pustka pochłonie cały nasz świat.

Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem po czym ruszyliśmy przed siebie. Zasłoniłam oczy przed zimową wichurą: z daleka widoczna była świątynia. Ponownie mój ciekawski wzrok powędrował ku naszemu największemu wrogowi. Solas delikatnie pociągnął mnie za rękę, lecz nic nie powiedział. Odnosiłam wrażenie, że on jako jedyny widzi we mnie jeszcze dziecko. Dziecko, któremu pozwolono bawić się ogniem. Zdecydowanie za młode dziecko, by zrozumiało o co w tym wszystkim chodzi. Postanowiłam, że udowodnię mu to, jaka dojrzała jestem, w dogodnej dla mnie chwili. W końcu śnieżyca ustała, a przynajmniej zmniejszyły się porywy wiatru i śnieg nie uderzał tak brutalnie w nasze policzki.

- To tutaj! Musimy iść w górę! – krzyknęła Kasandra, która szła na przodzie. Bowiem to ona znała najlepiej drogę do świątyni. Zaraz za nią szedł Varrick, później Solas i ja. A całkiem w tyle za nami ludzie. Tłumy ludzi. Gdyby ktoś spoglądał na nas z boku, byłby święcie przekonany, że to jakaś pielgrzymka dziwnych fanatyków, skoro idziemy w największą śnieżycę.

Weszliśmy po skrzypiącej, drewnianej drabinie. Poszukiwaczka oznajmiła, że przed nami powinien znajdować się tunel – nim dojdziemy do świątyni.

- Co to za tunel? Kopalnia? – zabrał głos nagle Varrick

- Część dawnego kompleksu górniczego. W tych górach jest pełno takich przejść – odezwał się Solas. Spojrzałam w tył – miał usta zasłonięte chustą, a na głowie miał kaptur. Musiał sobie je obwinąć kiedy nie patrzyłyśmy.

- Twoi żołnierze tam gdzieś są? – krzyknęłam, wchodząc po kolejnych schodach

- Wkrótce się przekonamy! – odkrzyknęła.

Stanęliśmy przy najbliższym ognisku. Czułam, jak kostnieją mi dłonie. Podbiegłam do paleniska jako pierwsza, po czym przystawiłam zziębnięte dłonie do, trzeszczącego od drewna, ognia. Poczułam jak ciepło rozgrzewa moje dłonie, przestają one być sztywne oraz zmarznięte. Kasandra szturchnęła mnie lekko, po czym pokazała palcem wejście do tunelu. Wewnątrz, oczywiście bo jakby inaczej, pojawiły się cienie. Jeden większy oraz kilka widm. Solas sprawnym ruchem wyciągnął zza siebie kostur, podobnie uczyniłam i ja. Varrick uszykował Biankę z morderczym uśmiechem, a Kasandra wyjęła zza pleców tarczę. W jej oczach dostrzegałam skupienie, u Varricka pewność siebie, jednak Solas wciąż emanował aurą tajemniczości. Lata praktyki dawały swoje odzwierciedlenie w ruchach Kasandry: spokojne pchnięcia, zręczne odskoki oraz uniki, doskonałe operowanie tarczą. Niesamowite! Za to Solas doskonale rzucał zaklęcia, unikając odwetu od demonów. Jego szaty w żaden sposób go nie krępowały, więc ruchy miał również zwinne. Varrick zaś zajął dobre miejsce z odległości, by jego Bianka pokazała swoje umiejętności: bełty wystrzeliwane z prędkością światła, jedne bojowe a jeszcze inne wybuchające. Najlepszy jednak był ten szyderczy śmiech, który wydobywał się z ust krasnoluda z każdym trafieniem. Również ja nie potrafiłam się powstrzymać, przed uśmiechnięciem się pod nosem. Widma były bardzo słabymi przeciwnikami, więc jeden lodowy pocisk z kostura Solasa wystarczył, by zniszczyć demona. Dalsza droga wgłąb tunelu okazała się, wyjątkowo, spokojna. W pewnym momencie stanęłam jak wryta: jedna z części tunelu była udekorowana w przepiękne, niebieskie kryształy. Jedyne, co mogłam z siebie wówczas wydobyć to ciche westchnięcie.

- Łatwo wszystkim się ekscytujesz – zauważył Solas – Ile tak właściwie masz lat?

- A ile mi dajesz?

- Nie wiem.. szesnaście? – uniósł lekko brew ku górze

- Mam siedemnaście! – oburzyłam się

- Tak, wielka różnica – zachichotał – Chodź. Czas nas goni. Uwierz mi, jeszcze nie jedno takie piękno odkryjesz. Obiecuję.

Nie odezwałam się, tylko posłusznie ruszyłam za grupą. Ludzie, podobnie jak ja, młodsi i starsi ekscytowali się pięknem jaskini więc żołnierze musieli ich poganiać. Tunel okazał się niezwykle pokrętny, w dodatku jedynym oświetleniem były gdzieniegdzie, nieregularnie zawieszone pochodnie. Solas starał się oświetlić nam drogę swoim kosturem, lecz to światło było niewielkie. Wiele osób, w tym starszych i dzieci, potykało się o nie wiadomo co. Jak tylko opuściliśmy wnętrze tunelu, zobaczyłam kolejną szczelinę do Pustki. Należało zabezpieczyć drogę, aby wszyscy mogli dotrzeć bezpiecznie do świątyni. Razem z elfem ruszyliśmy na przód aby rzucić jednocześnie zaklęcie lodowego muru, Kasandra szarżowała za nami razem z Varrickiem. Gdy tylko podeszliśmy bliżej, szczelina wybuchła tworząc powiązania z ziemią. Tam utworzyła coś, w rodzaju kokonów z których wydostały się demony – właśnie tak pojawiały się te potwory, przechodzące przez szczeliny Zasłony. Podczas gdy ja zamrażałam istoty, Solas je spalał ogniem lub Kasandra uderzała z całej siły – wówczas roztrzaskiwał się na kawałki. Moment później mogłam stanąć naprzeciwko szczeliny, wyciągnąć ku niej dłoń i zamknąć ją jednym szarpnięciem. Tak właśnie miałam postępować z każdą szczeliną.

- Teraz szybko! Musimy zamknąć wyłom! Jeśli go szybko nie zamkniemy, nikt nie będzie bezpieczny!

- Zostawiam to kobietce ze świecącą ręką – usłyszałam z tyłu.

Powoli miałam problemy z oddychaniem, ponieważ bieg mnie nieco zmęczył. Niestety, przyszła chwila słabości i musiałam stanąć na moment. Miałam problem, żeby wziąć haust powietrza więc Solas stanął obok. Dotknął łagodnie moich pleców – wówczas poczułam nietypową, nieznaną mi dotąd magię która wyrównała mój oddech, uspokoiła szalenie bijące serce, zmniejszyła ból wewnątrz klatki piersiowej. Nim zdążyłam mu podziękować, posłał mi tylko tajemniczy uśmiech i ruszył jako pierwszy z kosturem w dłoni, gotowy do ataku. Tam również pojawiła się szczelina, którą musieliśmy się zająć. Powoli zmęczenie dawało mi się we znaki, czułam jak ból rozprzestrzenia się poprzez ramiona i uda. Jednak znów nabrałam resztki sił, by pokonać większe zmory. O wiele, wiele większe. Nie były co prawda wielkości olbrzymów, ale niewiele im brakowało. Na szczęście Solas, o Stwórco znów on, wspomagał mnie swoją magią. Po raz kolejny stanęłam naprzeciwko szczeliny, po raz kolejny zamknęłam ją wystarczająco szybko.

- Nabierasz wprawy – zauważył Solas klepiąc mnie optymistycznie po ramieniu – Jeszcze jedna lub dwie i nauczysz się to robić perfekcyjnie.

Kasandra w ten czas pobiegła do leżącej komendantki, zapewne jej oddziału. Dzięki Stwórcy, kobieta jeszcze żyła.

- Na oddech Stwórcy, dziękuję za przybycie Kasandro – wystękała, trzymając się za brzuch – Wątpię, byśmy zdołali utrzymać się dłużej.

- Podziękuj naszemu więźniowi. To ona nalegała, aby przyjść tutaj do świątyni jak najszybciej.

- W takim razie dziękuję za ratunek – skinęła głową z trudem – Gdyby nie Ty, zapewne już by nas nie było.

- Dzień jak co dzień – zaśmiałam się – Idźcie już. Póki co, dolina jest czysta ale nie wiem jak długo się taka utrzyma. Wykorzystajcie więc okazję – posłałam jej uśmiech

- Bezzwłocznie – ruszyła, lecz po kilku krokach odwróciła się w moim kierunku – Dziękuję raz jeszcze – i pobiegła przed siebie. Kasandra wywróciła oczyma z uśmiechem.

- Wydaje mi się, że droga przed nami też jest czysta od demonów – zabrał głos Solas

- Wykorzystajmy to, że tak jest – puściłam mu oczko.

Droga kierowała nas w dół, do drabiny. Po zejściu znaleźliśmy się na głównej dróżce, prowadzącej wprost pod drzwi świątyni. Śnieg wciąż sypał nam prosto w twarz, więc domyślałam się tylko jaki kolor mają moje policzki. Nawet łzy, które spływały mi z bólu a jednocześnie z zimna, zamarzały na skórze. Solas posłał mi współczujące spojrzenie, lecz tym samym kazał mi przyśpieszyć kroku. Podczas gdy ja walczyłam o każdy, nawet najmniejszy haust powietrza lecz moje płuca powoli nie dawały rady. Nawet nie przysłuchiwałam się rozmowom tych z tyłu, ale wiem że poruszali temat Pustki, Zasłony. Ogólnie temat Wyłomu był póki co na czasie. Przebiegaliśmy obok ruin zniszczonej doszczętnie Świątyni Świętych Prochów Andrasty. Na oddech Stwórcy, nawet mnie ten widok gdzieś wewnątrz zabolał. Jedyne, co z niej zostało to niewielka kupka kamieni. To właśnie tutaj mnie znaleziono, gdy wyszłam z Pustki. Zbiegliśmy w dół ruin, pod naszymi stopami gruchotały kości. Dookoła leżały spalone ciała, prawie wszystko płonęło. Mimo ognia wciąż odczuwałam przerażający chłód.

- Tam! Przed nami! – wrzasnęła przerażona Kasandra – Kolejna szczelina!

To prawda. Przed nami znajdowała się kolejna szczelina, lecz ta była..niezwykła. Słyszeliśmy… głos. Kobiecy głos, wydobywający się ze szczeliny. Doskonale było widoczne połączenie między kolejną dziurą w zasłonie, a szczeliną naprzeciwko naszych twarzy.

- Jesteście! Dzięki Stwórcy! – ucieszyła się Leliana – Na moment straciliśmy was z widoku!

- Leliano, każ swoim ludziom zająć pozycje dookoła świątyni! – w odpowiedzi Leliana skinęła jedynie głową, po czym ruszyli do świątyni.

- To Twoja szansa by to zakończyć. Jesteś gotowa? – spytała Poszukiwaczka. Poczułam, jak rośnie mi gula w gardle, a strach związuje umysł.

Czy podołam ? Czy dam radę ?

- Tak. Dam radę. Jestem gotowa – powiedziałam bardziej do siebie, niżeli do nich.

- Spokojnie – odezwał się Solas – Ta szczelina – wskazał ją palcem – była pierwsza. To ona stanowi klucz do zamknięcia Wyłomu. Może dzięki niej to powstrzymamy.. Tak sądzę.

- Znajdźmy więc drogę w dół. Tylko ostrożnie – Kasandra ponownie ruszyła jako pierwsza. My zaś spokojnym truchtem za nią.

Przyprowadzić Ofiarę.

Co? Czy ta szczelina coś… powiedziała? Nie, na pewno się przesłyszałam.

- Co to za dźwięk ? – zapytałam

- Zapewne to głos osoby, która stworzyła Wyłom – odpowiedział cierpliwie Solas

Biegliśmy między dziwnymi skałami, w których płynęła zieleń. Dokładnie taka sama, jak w szczelinach. Prawdopodobnie szczeliny spaczyły nawet skały. Gdzieniegdzie dostrzegłam czerwone kryształy. Wyglądały jak lyrium, lecz nie były błękitne. Podeszłam krok bliżej – wówczas Varrick pociągnął mnie do tyłu.

- Odsuń się! – zagrzmiał – Nawet się do tego cholerstwa nie zbliżaj!

- Varricku, uspokój się – ton Kasandry, o dziwo, był opanowany a zarazem spokojny – Czerwone lyrium mąci umysł – wyjaśniła – Zazwyczaj spojrzenie na kryształy nic nie zmienia, jednak gdybyś podeszła bliżej to.. nic nie wiadomo.

- Co ono tutaj robi, skoro jest złe ? – spytałam z dziecinną naiwnością

- Magia mogła wyciągnąć lyrium spod świątyni i je wypaczyć… – odrzekł Solas

- To zło. Cokolwiek robisz, nie dotykaj go – przestrzegł mnie krasnolud, po czym przyśpieszył kroku.

Przytrzymać ofiarę.

Niech ktoś mi pomoże!

- To głos Boskiej Justyni! – krzyknęła, wystraszona nie na żarty Kasandra

Stanęłam naprzeciwko szczeliny – kryształy poruszały się raz w przód, raz w tył. Moja dłoń błysnęła tym samym blaskiem – uniosłam więc ją na wysokość twarzy, przenosząc wzrok z niej na kryształy. Wówczas wołanie o pomoc dało się słyszeć ponownie. Spojrzałam na kryształy, które chowały się do wnętrza.

- To był twój głos – odezwała się ponownie Poszukiwaczka – Przenajświętsza wołała do Ciebie. Ale…

W końcu kryształy rozbłysnęły, oślepiając nas przez moment. Po chwili mogliśmy dostrzec… Przenajświętszą, Boską Justynię uwięzioną wewnątrz tychże kryształów. Znajdowała się za pewnego rodzaju zasłoną, lecz mogłam dokładnie się jej przyjrzeć: skórę miała nienaturalnie postarzaną, święte ubrania Zakonu wisiały na niej a ramiona miała rozpięte na boki.

- Co się tutaj dzieje? – zapytałam

- Uciekaj! Uciekaj, póki możesz! Ostrzeż ich! – usłyszałam głos w mojej głowie. Zapewne to były słowa Boskiej Justyni. Zaraz obok jej ciała pojawił się.. cień, a oczy jego błyszczały złowrogą czerwienią.

Mamy intruza! Zabić go! Natychmiast!

Błysk pojawił się ponownie, w tym samym czasie cień zniknął. Wszyscy musieliśmy wówczas zasłonić oczy.

- Byłaś tam! Kto zaatakował? A Boska, czy ona…? Czy ta wizja była prawdziwa? Na co patrzymy? – Poszukiwaczka zalała mnie masą pytań

- Nie pamiętam. Na prawdę!

- Echo tego, co się wydarzyło – przerwał nam Solas – Pustka krwawi w tym miejscu.. Ta szczelina jest zamknięta, lecz nie na stałe – sprecyzował, gdy podeszła bliżej Kasandra – Dzięki Twojemu znamieniu – wskazał na mnie – Można ją ponownie otworzyć i zamknąć.. lecz tym razem na stałe. Jednak rozwarcie szczeliny zapewne przyciągnie uwagę tego, co znajduje się po drugiej stronie.

- To oznacza więcej demonów – Kasandra ściągnęła brwi, przybliżyła miecz do policzka w gotowości bojowej – Przygotować się!

Zza murku wyłonił się oddział, który uratowaliśmy w drodze do świątyni. Oni także byli gotowi do starcia,  na rozkaz Kasandry. Na górnych murach stali łucznicy, gotowi do ataku. Poszukiwaczka dała znak, że są gotowi. Wyciągnęłam dłoń przed siebie, by otworzyć szczelinę. Kryształy gwałtownie się wchłonęły, powodując mój upadek na plecy swoją siłą. Szybko otrzepałam się, wstałam gdy zza moich pleców rozległ się ryk. Odwróciłam się… i myślałam, że ze strachu stracę przytomność. Przed nami stał wielki gigant, coś w rodzaju opancerzonego Orka. Miał wielkie, długie zębiska, przepełnione nienawiścią i mrokiem oczyska oraz ostre pazury. Na głowie miał dwa, długie, przerażające rogi.

- To demon dumy! – wrzasnął Solas – Skupcie się, bo to nie będzie łatwa walka!

Łucznicy zaczęli ostrzał z góry, my z Solasem oraz Varrickiem trzymaliśmy się na dystans, zaś Poszukiwaczka wraz z oddziałem atakowała. Magia działała na demona dumy najlepiej, zadawała mu największe obrażenia lecz bez ciosów mieczem nasza magia by sobie nie poradziła. Musieliśmy jednak trzymać dystans, gdyż szczelina wspomagała demona. Każde bliższe podejście ściągało z pustki kolejne cienie, zmory lub inne cholerstwo. Od czasu do czasu fizyczna postać demona zanosiła się elektryczną energią, strzelając w nas niebezpiecznymi piorunami.

- Teraz! – wrzasnął Solas nie przerywając zaklęć – Zamknij szczelinę!

Wykonałam tę samą czynność, lecz gdy ją zamykałam – wybuchnęła, pochłaniając resztki moich sił. Wielka fala rozbłysnęła na niebie, jednocześnie zatrzymując poszerzanie się Wyłomu. Jasny blask rozbłysnął na całe niebo… a ja upadłam. Właśnie wtedy podbiegł do mnie ten… ten Piękny Mężczyzna. Miał cudowne błękitne oczy, blond włosy i wyglądał na…templariusza. Usłyszałam jedynie imię Cullen … i straciłam przytomność na jego rękach.

Dragon Age Inkwizycja: Byłam Ci Pisana

 
Rozdział 1: Kim właściwie jestem?

 

- Konklawe zostało zniszczone. Wszyscy uczestnicy nie żyją. Poza Tobą – stojąca przede mną kobieta jest wysoka, ubrana w ciężki pancerz.

    Spojrzenie ma nieufne, złowrogie. Włosy krótkie, czarne. Na plecach dzierży miecz, długi aż po jej biodra. Obok stoi wysoka, szczupła kobieta. Wygląda mi na szpiega, choć może póki co podaruję sobie jakiekolwiek..uwagi czy też domysły. Widzę z pod jasnofioletowego kaptura kosmyki rudych włosów. Jej twarz jest nieco pociągła, lecz rysy ma łagodne. Oczy małe, błękitne otoczone długimi, ciemnymi rzęsami. Malinowe usta ściągnięte w kreskę. Wyczuwam w niej aurę niepewności, nie to co w jej towarzyszce. Czarnowłosa jest skupiona, gotowa na atak. Spuszczam wzrok, zastanawiając się nad odpowiedzią. Bolą mnie kolana – klęczę bowiem na zimnej posadzce. Dookoła mnie strażnicy stworzyli krąg. Aura tych wszystkich ludzi skupia się głównie na mnie: czuję strach, czuję nienawiść zmieszaną z niepewnością, czuję…sama nie wiem co to jest.

- Uważasz, że to moje dzieło. Że to ja zniszczyłam Konklawe i zabiłam Boską Justynię? – odzywam się po chwili nieśmiało unosząc wzrok ku górze. Wówczas czarnowłosa schwytała moją dłoń – przechodzi przez nią zielony blask. Taki sam, jaki widziałam w pustce. Czułam przechodzący przez nią ból, lecz nie spodziewałam się że coś takiego…jest we mnie.

- Wyjaśnij to! – warknęła szarpiąc moją dłonią. Rudowłosa, stojąca obok niej, spoglądała to raz na mnie a raz na swoją towarzyszkę. Przez moment zielony blask gorzał między naszymi spojrzeniami, by za chwilę całkiem zniknąć.

- Nie potrafię! – odpowiedziałam zdenerwowana – Gdy opuściłam Pustkę…nie, czułam to wówczas gdy staliście dookoła mnie. Już wtedy.. wcześniej tego nie było!

- Jak to nie potrafisz? Nie wiesz skąd to się u ciebie wzięło? Niezwykle interesujące – patrząc na agresywne ruchy czarnowłosej myślałam, że za moment mnie uderzy lub zrobi coś jeszcze  gorszego

- Mówię prawdę… – ściszyłam głos przenosząc wzrok z jednej na drugą i z powrotem. W końcu stojąca nade mną nie wytrzymała, popchnęła mnie dość agresywnie – wtedy podbiegła do niej rudowłosa

- Kasandro! Zostaw! Potrzebujemy jej..

- Czy na tym Konklawe… wszyscy..

- Tak – odpowiedziała rudowłosa po czym stanęła naprzeciw mnie – Nikt nie przeżył…

- Och, Stwórco – westchnęłam, spuszczając wzrok

- Pamiętasz jak to się zaczęło? Cokolwiek?

- Uciekałam. Coś mnie goniło.. a wtedy zjawiła się ta kobieta..

- Kobieta? Jaka kobieta?

- Nie mam pojęcia. Widziałam tylko, że wyciąga ku mnie dłoń..a wówczas zjawiłam się tutaj..

- Ruszaj do wysuniętego obozu, Leliano. Ja natomiast zaprowadzę go do szczeliny – przerwała nam Kasandra, popychając lekko Lelianę.

Strażnicy dookoła nas nie spuścili ze mnie wzroku, podczas gdy ona pomagała mi wstać. Na dłoniach miałam założone kajdany, więc musiałam poruszać się z rękoma wysuniętymi przed siebie. Widziałam w wyobraźni raczej marne zakończenie mojej historii.

- Co to szczelina? – odważyłam się w końcu zadać pytanie

- Prościej będzie, gdy po prostu to zobaczysz.

     Wyszliśmy z budynku. Z ciemności, słabo oświetlanej pochodniami, przedostaliśmy się na świeże powietrze. Ostre, mroźne – takie jakie winno być zimą. Śnieg skrzypiał pod naszymi stopami, a zimowe śnieżynki trafiały w policzki chłodząc przyjemnie. W końcu Kasandra schwytała za moją szczękę i skierowała głowę w odpowiednim kierunku. Przede mną w niebie tworzył się wielki wir, który miał ten sam zielony blask, który widniał całkiem niedawno na mojej dłoni. Jednak to… to coś
było wielkie. Na prawdę wielkie.

- Co to do cholery jest ?!

- My nazywam to ” Wyłomem”. To potężna szczelina, prowadząca do świata demonów, która rośnie z godziny na godzinę.  Nie jest ona jedyną, lecz jest największa. I wszystkie otworzyła eksplozja na Konklawe.

- Od kiedy eksplozje mogą do tego doprowadzać? – zapytałam, wciąż wpatrując się w to niezwykłe, magiczne zjawisko

- Nie wiem od kiedy. Wiem, że ta do tego doprowadziła – odparła Kasandra odwracając się do mnie twarzą.

Muszę przyznać, że szramy na jej policzkach skutecznie odbierały jej przyjazną twarz. Wyglądała na zaprawioną w boju wojowniczkę, na którą najlepiej będzie uważać.

- Jeśli czegoś nie zrobimy – jej niski głos wyrwał mnie z przemyśleń – Wyłom pochłonie cały świat – w tym momencie dookoła wiru dostrzegłam zielone błyskawice. Poczułam także mocny ból w dłoni, ujrzałam błyskawice przechodzącą przez moją dłoń. Upadłam, wrzeszcząc z bólu. To uczucie było nie do opisania, jakby paliło mi wnętrze dłoni. Kasandra podbiegła do mnie prędko.

- Za każdym razem, gdy Wyłom się powiększa, twoje znamię rośnie.. a to Cię zabija… – powiedziała bardzo poważnym tonem, spoglądając prosto w moje błękitne oczy – Możesz być kluczem do powstrzymania tego wszystkiego, ale mamy bardzo mało czasu.

- Zrobię co trzeba, by pomóc – odpowiedziałam spokojnie a Kasandra pomogła mi wstać. Ruszyliśmy przed siebie, mijając ludzi pełnych nienawiści do mnie. Uznali mnie za winną. Czułam aurę nienawiści wydobywającą się z ich dusz. Dotąd nie wiedziałam, jak bardzo może to boleć. Posiadanie magicznej krwi to zarówno zaleta… jak i przekleństwo.

- Mieszkańcy Azylu uznali Cię za winną..

- Uwierz mi, poczułam – uśmiechnęłam się do niej gorzko

-..Opłakują naszą Przenajświętszą, Boską Justynię. Była bowiem głową Zakonu. I, niestety, Konklawe było jej pomysłem. To była szansa na pokój między templariuszami oraz magami. Boska skłoniła ich do wspólnych rozmów..

- A teraz wszyscy nie żyją – dokończyłam ze smutkiem

- Musimy być ponad to wszystko. Jak ona dotąd – odezwała się po chwili, gdy przekroczyliśmy jedną z bram w Azylu. Znajdowaliśmy się na górnych murach, widziałam stąd wysokie szczyty zasypane śniegiem oraz jeszcze dokładniej, jeszcze bliżej wielki, pełen zielonych, złowrogich piorunów Wyłom.

- Przynajmniej dopóki nie zamkniemy Wyłomu – kontynuowała

- Oczywiście – syknęłam

- Odbędzie się proces. Więcej obiecać Ci nie mogę. A teraz chodź. To niedaleko.

Spojrzałam przed siebie – przed nami znajdowała się brama, dzięki której miałyśmy opuścić Azyl. Z górnych murów doskonale było widać szczelinę – jej szerokość oraz wielkość powiększała się z godziny na godzinę. Biegłyśmy w dół, gdy znów poczułam kłujący ból w dłoni. Upadłam, ponieważ nie potrafiłam wytrzymać. Kasandra ponownie pomogła mi wstać.

- Powiedzieli, że pojawiłeś się w szczelinie..i przeżyłaś. A za tobą stała kobieta. Ludzie podejrzewają, że to Andrasta..choć nikt nie wie, kim ta kobieta była.

Nagle jeden z odłamków Wyłomu przerwał naszą dyskusję, bowiem trafił w most pod naszymi nogami. W jedną sekundę mury pod nami się zatrzęsły, a most zarwał. Na szczęście nic nam się nie stało, lecz kolejny odłamek padł niedaleko nas. Z niego wydostało się kilka widm i demonów. Jeden plus upadku był taki, że zniszczyło to moje kajdany. Spojrzałam za siebie – obok małej skrzyneczki leżał kostur. Nie mogłam dłużej czekać, więc chwyciłam za broń.

- Rzuć broń – wrzasnęła Kasandra

- Pomyśl, głupia! Czy użyłam przeciw Tobie magii chociaż przez chwilę? Z kosturem, czy bez kostura magia we mnie jest. I wcale nie potrzebuje mieć wolnych rąk, by rzucić zaklęcie więc skoro jeszcze żyjesz, a wydaje mnie się że żyjesz, to nic ci nie zrobiłam.. i nie zrobię.. jasne?

- Masz rację – westchnęła – Musisz bronić się sama. Powinnam także pamiętać, że zgodziłaś się iść z własnej woli..

- Otóż to, siostrzyczko – zauważyłam z cierpkim uśmiechem – A gdzie, że tak zapytam, są Twoi żołnierze?

- W dolinie walczą, lub odpoczywają w obozie. Jesteśmy zdane na siebie.

Dotarłyśmy do doliny, w której wręcz aż roiło się od widm oraz demonów. Ich ciała były zaledwie strzępkami czegoś w rodzaju skóry, odzianej w stare, podziurawione szaty a oczy płonęły nienawiścią. Jeśli w ogóle można nazwać to oczami. W końcu czymś musieli patrzeć, aby obserwować. Dokładnie czułam wypływającą z nich aurę – nienawiść, pożądanie, nienawiść, pożądanie i tak w kółko. Skupiłam się dokładnie na jednym z nich, wyciągnęłam przed siebie kostur po czym w myślach wyrecytowałam zaklęcie po elficku. Kostur błysnął na niebiesko, pod nogami demona pojawił się glif a wówczas z kostura wypłynęło pięć lodowych pocisków. Kasandra wtedy podbiegła do zamrożonej postaci i z całej siły uderzyła w nią. Istota roztrzaskała się niczym kawałek sopla, który spadł na ziemię. Następny glif, który zastosowałam na widmie był z ognia – cztery ogniste pociski spaliły demona na popiół. Niestety, tworzenie glifów wymagało bardzo dużo energii, a ja nie posiadałam przy sobie lyrium. Ta mikstura pomagała nam odbudowywać magiczną energię, w dodatku miała piękny, błękitny kolor. Kiedy inni pili lyrium, ja lubiłam chwilę wcześniej poprzyglądać się przezroczystej fiolce, z której emanowało niebieskie światło a wewnątrz chlupotał czysty eliksir. Teraz jednak musiałam skupić się na oszczędzaniu magicznej mocy. Rzucałam więc proste, nie wymagające zbyt wiele siły zaklęcia które dość skutecznie ułatwiały mi walkę z istotami. Każde uderzenie kosturem w ziemię wzmacniało atak, lecz to również było wyczerpujące. Po ataku odetchnęłyśmy na chwilę ze spokojem, i wtedy ziemia pod nami zabulgotała. Znów pojawiły się zielone kryształy, które przez wyładowanie wybuchły a z nich pojawiły się jeszcze dwa widma. Tak działo się za każdym razem, a ja wiedziałam, że każdy taki wybuch oznacza kłopoty. Po chwili znaleźliśmy się na szczycie Azylu, w pobliżu świątyni na szczycie. Tam pojawiła się kolejna szczelina, z której wyłaniały się kolejne potwory lecz dostrzegłam kolejną grupę wojowników, która z nimi już rozpoczęła walkę. Zdążyłam uniknąć magicznego ataku, który leciał w moją stronę. Posłałam magowi, który również okazał się elfem, gniewne spojrzenie a on wskazał mi palcem łachmany demona leżącego za mną. Podziękowałam tylko speszona, po czym pobiegłam na pomoc Kasandrze. Dookoła nas pojawiało się ich coraz więcej, myślałam że nigdy nie przestaną wydobywać się z pod naszych nóg, gdy nagle podbiegł do mnie krasnolud. Miał lekko rozpiętą koszulę o ciemnoczerwonym, mocnym kolorze  z pod której wydobywało się niezwykle męskie…owłosienie. Tak, cóż, tego widoku chciałam uniknąć. Na prawdę. Jednak twarz miał przystojną, szeroka szczęka, łagodne rysy, małe błękitne oczy i wąskie usta. Co przykuło moją uwagę ? Miał kolczyki w uszach. Hm, dziwne. Na plecach nosił kuszę, bardzo ładną szczerze mówiąc. Spojrzałam na niego zaskoczona.

- Widzisz to coś nad twoją głową, śliczna?

Że co? On powiedział do mnie śliczna?

- Musisz ją zamknąć. To szczelina. Dasz radę? – zapytał

- Nie potrafię!

- Szybko, nim zjawi się więcej! – zawołał elf po czym schwytał moją dłoń i wyciągnął ją naprzeciwko szczeliny. Moja dłoń naprzeciwko niej połączyła się ze szczeliną. Trudno to wyjaśnić jak to się działo, ale po chwili nastąpił mały wybuch.. i zjawisko zniknęło.

- Dajesz radę – odezwał się po chwili z uśmiechem – Jakakolwiek magia utworzyła Wyłom, utworzyła także znamię na Twojej ręce. Możesz dzięki niemu zamykać szczeliny, a może nawet dasz radę zamknąć to – spojrzał na wielki wir na niebie, który błyszczał zielenią na prawie całe niebo. Złowrogie błyskawice muskały wir, ciężkie chmury otaczały dziurę w niebie a zewsząd dało się czuć aurę przerażenia, paniki, strachu, niepewności.

- Czyli.. mogę to powstrzymać? – spojrzałam na rękę a następnie na elfa

- Tak. Jesteś kluczem do naszego zbawienia, tak sądzę – uśmiechnął się nieśmiało

- No, to wszystko wiadomo – zaśmiał się krasnolud – Mamy bohatera, więc demony mogą srać pod siebie ze strachu. A tak pomijając Wyłom, Varrik Tethras: łotrzyk, gawędziarz, okazjonalnie niechciana przybłęda – ścisnęłam wyciągniętą ku mnie dłoń

- Eileen, miło mi poznać – uśmiechnęłam się, wykonując niski pokłon

- Z czasem zmienisz zdanie – uśmiechnął się uroczo w moim kierunku elf. Miał pociągłą twarz, długie uszy, małe oczy, prosty nos i wąskie usta. Był niezwykle przystojny, nawet jeśli nie posiadał burzy włosów ściągniętych w małą kiteczkę,  jak Varrick. Miał w sobie coś, co przyciągało ewidentnie wzrok. Ubrany był w zieloną kamizelkę, pod spodem miał prostą koszulę, do tego długie, ciepłe spodnie i wysokie buty. Na plecach, jak ja, dzierżył kostur.

- Zapewne się zaprzyjaźnimy w tej dolinie, Wesołku.. – westchnął ironicznie Varrick

- O nie, zapomnij Varricku! – zabrała głos Kasandra – Dziękujemy za pomoc i…

- Byłaś w dolinie – zauważył krasnolud – I wiesz, jak to wszystko wygląda Poszukiwaczko. Potrzebujecie mnie… – przez moment trwało między nimi napięcie, w końcu kobieta ustąpiła wzdychając sfrustrowana. Odeszła kilka metrów od niego wyraźnie nadąsana, a on puścił mi oczko. Zachichotałam pod nosem. Czułam, że to będzie dobra kompania mimo tak cholernego syfu, który wybuchł.

- Skoro już przy prezentacjach – elf podszedł wyraźnie bliżej mnie – to nazywam się Solas. Miło mi widzieć Cię wciąż przy życiu.

- Jestem Eileen – uśmiechnęłam się szeroko – Miło Cię poznać Solasie.

- On chce powiedzieć „Nie pozwoliłem, by to znamię cię zabiło, gdy tak słodko spałaś!” – wtrącił sarkastycznie Varrick, na co znów się zaśmiałam a speszony Solas pogładził tył swojej łysej głowy. Kątem oka zauważyłam, jak na jego policzki wstępuje mały rumieniec. Oo, urocze!

- Dziękuję, Solasie – zatrzepotałam w jego kierunku rzęsami, co wywołało u niego jeszcze większy rumieniec

- Nie masz za co – wydukał – Moje podróże po Pustce pozwoliły mi się wiele nauczyć, więc wiem o wiele więcej niż inni magowie z Kręgu. Przybyłem, by zaoferować pomoc przy zamknięciu Wyłomu.

- Oczywiście, zapewne się przyda – skinęłam głową

- Musimy dostać się do wysuniętego obozu – wtrąciła Kasandra

- Bianka jest podekscytowana! – podsumował Varrick

Rozejrzałam się dookoła. Wszystko płonęło dookoła a Wyłom pluł kolejnymi odłamkami, tworząc szczeliny w oddali. Mury były zniszczone przez wybuchy, większość budowli z Azylu została potwornie zniszczona. Dopiero teraz dotarło do mnie jak wielkie brzemię na mnie nałożono, jak wiele trzeba będzie jeszcze zrobić by ocalić świat i jak wiele będzie trzeba stracić, by za wygraną odpowiednio zapłacić.

Dragon Age Inkwizycja: Byłam Ci Pisana

                                                       

                                                                                     Prolog

  

   ” A mówiono, że kobieta ta zeszła z Pustki. I gdy na Niebie pojawił się wyłom, a demony zawładnęły Niebem, zjawiła się Ona. I dała nadzieję na wygraną ” ~ pióra Siostry Leliany 7:95 Smoka

 

     Zostałam zabrana z klanu kiedy osiągnęłam wiek dziewiętnastu lat. Miałam objąć miejsce Pierwszej, lecz nagle wezwano mnie, bym wypełniła misję.
Pojawił się Wyłom i ja, jako mag, miałam opanować to niezwykłe, a zarazem niebezpieczne dla wszystkich zjawisko. Niestety, sprawy potoczyły się inaczej,  bowiem pochłonęła mnie Pustka. Znalazłam się po drugiej stronie, gdzie wszyscy magowie śnią. Tam odnalazłam postać, za którą  poszłam, mając nadzieję że odnajdę odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Poza tym podążały za mną splugawione pająki. Bałam się, że pojawią się też pomioty lub demony. Postać ta wyciągnęła do mnie dłoń – wówczas ujrzałam dookoła mnie strażników z meczami wycelowanymi w moją twarz. 

    Tak właśnie pojawiła się przyszła Herold Andrasty – czyli ja. Mam na imię Eileen, mam dziewiętnaście lat i jestem Inkwizytorką. Moim zadaniem jest ocalić Thedas od zła.